Lip 252014
 

Dlaczego Bałkany? To rejon niedawnych walk wojennych, jeszcze nie popularny turystycznie, przez co trochę nieznany. Z jednej strony te argumenty mogą powodować lekką niepewność, ale z drugiej – można je uznać jako zalety i alternatywę dla powycieranych przez turystów szlaków, miejsc i wspomnień.

Do rozdysponowania były prawie dwa tygodnie, był też własny środek transportu (stary diesel, w którym w zasadzie nie ma co się zepsuć), namiot i trochę gotówki.

Toruń (Polska) – Belgrad (Serbia)

1300 km

(z przerwami) 24 godziny podróży

Wbrew pozorom nie jest aż tak źle – w zasadzie najgorszy jest wyjazd z Polski. Możliwych tras jest kilka – my wybraliśmy tę przez najwyższe polskie góry, tranzytem przez Słowację (winiety), a później Węgry (to samo). Serbia to w zasadzie płatna autostrada (odcinkowo, ceny podobne do polskich), która momentami pozostawia wiele do życzenia, ale kilometry lecą jak szalone. Ostatecznie znaleźliśmy się w Belgradzie (Београд), a w zasadzie na campingu nad Dunajem (Camp Dunav) w okolicy stolicy. Pierwszy problem to znalezienie miejsca parkingowego. Po długim poszukiwaniu w końcu stanęliśmy przy ul. Tadeusza Kościuszki, jednak w pobliżu nie było żadnych parkomatów. Okazało się, że tubylcy płacą smsowo, my również próbowaliśmy i nie udało się. Beztrosko zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy zwiedzać słynny Kalemagdan, jedną ze starszych dzielnic miasta. Park zlokalizowany przy ujściu Sawy do Dunaju, ze względu na swoje strategicznie położenie od lat pełnił funkcje obronne. Spacer po dość rozległym obszarze (znajduje się tam również muzeum wojskowe z dużą ilością broni), odpoczynek przy kawie i piwku (chyba najbardziej popularne w Belgradzie – Jelen). Kawę pije się podobnie jak na całych Bałkanach – bardzo mocną – a podaje się razem z wodą niegazowaną. Po powrocie zorientowaliśmy się, że otrzymaliśmy za darmo turystyczny suwenir – mandat opisany niezliczoną ilością znaków w cyrylicy z jednym zrozumiałym stwierdzeniem „nema bileta parkingu”.

Wieża zegarowa

Wieża zegarowa na popularnym Kalemagdanie w Belgradzie.

Istotnym punktem roadtripu jest oczywiście… JEDZENIE. Wcześniejszy research pomógł odnaleźć jedną z restauracji zlokalizowaną w centrum, serwującą tradycyjne potrawy – dla zainteresowanych, nazwa restauracji to Proleće. Naszym kubeczkom smakowym ukazała się jagnięcina z kajmakiem (chyba najbardziej znany spośród kuchni serbskiej – krem z gotowanego mleka), o dość maślanym posmaku oraz Wojwodina, czyli lokalna odmiana węgierskiego gulaszu.

Dość szybko opuściliśmy wielkomiejskie tereny nie smakując tamtejszego nocnego życia, z którego Belgrad swoją drogą słynie. Ruszyliśmy w kierunku Bułgarii, kierując się jednak w stronę Rumunii.

Belgrad (Serbia) – Park Narodowy Djerdap – Sofia (Bułgaria)

560 km

10 godzin podróży

Park Narodowy Djerdap zlokalizowany jest na odcinku ok. 100 km na samej granicy serbsko-rumuńskiej. Obie strony oddziela przepiękny Dunaj, który – dość rozległy – w niektórych miejscach jest dociskany przez wysokie i ostre skały, które nazywa się „żelazną bramą”. Miejsce jest również historyczne, ze względu na pozostałość rzymską – tablicę Trajana, która została tam umieszczona na pamiątkę wybudowania drogi. Geograficzne ukształtowanie terenu robi duże wrażenie.

Park

Malowniczy park narodowy Djerdap z małą cerkwią zlokalizowaną po rumuńskiej stronie.

Na końcu parku zatrzymaliśmy się w Kladovie na chwilę oddechu. Było już po północy i mogliśmy na własnej skórze odczuć już lokalną atmosferę i nocne życie tego małego miasteczka. Przez wysokie temperatury noc wydaje się być jedyną porą, która pozwala zażyć relaksu na powietrzu – co dużo ludzi zdecydowanie wykorzystało.

Nas czekało jednak dużo emocji – podróż przez góry w nocy, z niewielką ilością paliwa, przy braku jakichkolwiek stacji benzynowych. Jadąc 20 km/h po górskiej drodze będącej w trakcie remontu, samochód palił ponadplanowo. Pojawiły się już myśli o nocowaniu w samochodzie w górach. Ostatecznie udało się przemknąć do głównej drogi prowadzącej do przejścia granicznego w Gradinje. Odprawa poszła dość szybko, ale zaskakiwała obecność ogromnej ilości Turków w luksusowych samochodach z niemieckimi i austriackimi rejestracjami, wyraźnie nastawionych zabawowo. Prawdopodobnie wracali „zarobieni” do domu, stąd ich podniecenie.

Sofia położona jest bardzo pięknie, czego mogliśmy doświadczyć dopiero rano. Okoliczne wzgórza powodują wrażenie pobytu w górskim kurorcie, a nie w stolicy dużego kraju. Transport miejski jest dobrze rozwinięty, głównie ze względu na dobrze prosperujące metro. Zwiedzanie lokalnych zabytków (w tym najbardziej popularnej katedry św. Aleksandra Newskiego), które zlokalizowane są blisko siebie i idealnie pasują na spacer, zostało zwieńczone wizytą w bardzo dobrej restauracji-skansenie serwującej lokalne narodowe specjały i … piwko własnej roboty. Jagnięcina w rozpływającym się w ustach chlebie chyba smakowała najlepiej, poza doskonałym tradycyjnym piwem, które – jak się okazało – całe wypiliśmy. Ze znacznie lepszymi humorami żegnaliśmy się z Sofią, następnego dnia ruszaliśmy do Macedonii.

Sofia (Bułgaria) – Kuklica – Kanion Matka – Mavrovo (Macedonia)

380 km

6 godzin podróży

Macedonia wygląda już w pełni jak śródziemnomorskie górzyste państwo, jednak ze względu na niebogatą ludność sprawia wrażenie włoskiego miasta z lat ok. 20-tych – stare samochody, zalążki cywilizacji. Zaczęło się robić pięknie.

Pierwszym przystankiem była miejscowość Kuklica, w której znajdują się wysokie nawet na 10 metrów kolumny kamienne, które wskutek erozji powstały ok. 10 milionów lat temu. Znacznie większe wrażenie jednak robi Kanion Matka, zlokalizowany tuż za Skopje. Jest tu też więcej lokalnych turystów, ale na szlak prowadzący wzdłuż kanionu decyduje się stosunkowo niewielu. Wielkie, kamienne ściany wzdłuż spokojnej rzeczki, na której powstała tama – widok jest fantastyczny.

Kanion

Kanion Matka – Macedonia (okolice Skopje).

Dzień zakończył się w Mavrovie, górskim kurorcie bardzo popularnym podczas zimy. W okolicy znajduje się sztuczne jezioro, które pewnego razu, w okresie suszy ujawniło XIX-wieczny kościół.

Osobowość Macedończyków, może ze względu na bardzo małą ilość zagranicznych turystów, może dobrze opisać historia, która nam się przydarzyła. Złapaliśmy gumę. Byliśmy przygotowani – założyliśmy popularną „łyżwę” i ruszyliśmy w drogę. Pierwszy serwis (przynajmniej tak z zewnątrz wyglądał) i mechanik, który nie mówił po angielsku. W zasadzie słowem się nie odezwał. Zobaczył koło, zlokalizował dziurę, włożył specjalny „grzybek” i podpompował koło – widocznie dla nich to standard. Wyciągam portfel, kręci głową, nie przyjmuje pieniędzy. Szczęśliwie wzięliśmy jeszcze wódkę z naszego wesela, co wywołało u niego uśmiech. Sytuacja się powtórzyła, kiedy na jednej ze stacji postanowiliśmy koło wymienić. Wyszedł pracownik, przejął robotę, zapłaty również nie chciał, więc wódka przydała się po raz drugi. Bezinteresowność ludzi naprawdę pozwala przywrócić wiarę w człowieczeństwo u każdego.

Mavrovo (Macedonia) – Ohrid – Berat (Albania)

290 km

5 godzin podróży

Podstawowym punktem turystycznym w Macedonii jest jezioro Ohryd, największy zbiornik wodny w tym kraju i jednocześnie niezwykle piękny. Położony na granicy macedońsko-albańskiej przyciąga rzesze turystów. Słodka, ciepła woda skutecznie zabija jedyny minus – bardzo kamieniste wybrzeże. Warto zwiedzić całe miasteczko, które było kiedyś perełką średniowiecznych władców (miasto jest najstarsze w całej Europie).

Chwila ochłody i mogliśmy ruszać ku Albanii. Drogi początkowo nie przeraziły, poza faktem, że były to górskie serpentyny, po których kierowcy jeżdżą jak szaleni. Efekt zobaczyliśmy dość szybko – wyprzedzający nas mercedes (których w Albanii jest cała masa) dwie minuty później już nie był zdolny do jazdy… i był trochę pokiereszowany.

Szybko jednak nasze zdanie o jakości albańskich dróg zmieniło się – gigantyczne dziury na ważnych arteriach kraju, sporadyczny brak asfaltu (bez żadnego ostrzeżenia) – a do tego rzesze ludzi spacerujących po ulicach bez oznakowania. Braki w asfalcie mogą wynikać z niedawnej wojny, natomiast ludzie po prostu żyją na ulicy, witają się, całują. Najlepiej więc puścić nogę z gazu, zrelaksować się i jechać bardzo powoli.

Berat to kolejne przepiękne starożytne miasto-muzeum, położone praktycznie w sercu Albanii. Pomimo trudnego dojazdu, widok specyficznej zabudowy na lokalnym wzniesieniu niweluje wszelkie niedogodności. To dlatego nazywane jest „miastem tysiąca okien”, wydaje się jakby wszystkie one na Ciebie patrzyły. W tym miejscu musimy polecić wizytę u wspaniałego człowieka, który prowadzi w tym mieście hostel – Lorenc Guesthouse. Jest to człowiek, który zamienił swój dom w hostel i nadal w nim mieszka z rodziną (w tym z bardzo sympatyczną babcią). Zostaliśmy przywitani domową rakiją i śpiewem, w międzynarodowym towarzystwie, przy muzyce – chciałoby się zostać tam na dłużej.

Albania

Berat (Albania) – miasto tysiąca okien – nocą.

Berat – Syri i Kalter – Himare (Albania)

320 km

5 godzin podróży

Droga na południe Albanii jest zabawna, bo lepiej było wrócić ok. 40 km na północ i jechać nadmorską drogą już na sam dół. Sama droga to atrakcja turystyczna. Obecność samotnie podróżujących krów, osiołków, a nawet świń (!), przy górskich serpentynach, po których wjeżdża i zjeżdża się z poziomu morza do 1600 m. n.p.m., i w dół, położonych na dodatek nad samym morzem – jest niesamowita.

Naszym celem były jednak źródełko Syri i Kalter, tzw. „blue eye”, czyli „niebieskie oko”. Woda rzeczywiście wygląda miejscami jakby była niebieska, ale niesamowite wrażenie robi jej czystość. Widać dosłownie wszystko. Jedną z atrakcji jest również źródło wody podziemnej, która z silnym ciśnieniem wypada od dołu jeziorka (kamień rzucony w jego czeluść wypływa na powierzchnię!). Nie wiadomo dokładnie jak głęboka jest szczelina, ale na pewno głębsza niż 50 metrów.

Źródełko

Źródełko Syri i Kalter na południu Albanii – uwaga, skały w wodzie to nie odbicie!

Kąpiel przy zachodzie słońca na riwierze albańskiej, w miejscowości Himare, później nocne rozbijanie się na przydrożnym campingu i kolejny dzień w Albanii szybko zakończony.

Himare (Albania) – Rijeka Crnojevica – Sveti Stefan (Czarnogóra)

440 km

7 godzin podróży

Następny dzień to nie lada wyczyn – przejechanie całej Albanii. Wyjechaliśmy z samego rana i mieliśmy jeszcze plan zobaczyć wspaniałe jezioro szkoderskie (granica albańsko-czarnogórska). Niestety los tego nie podzielał i błądząc po bezdrożu wylądowaliśmy na drodze, które w zasadzie było polem. Piękna sceneria niestety nie pozwoliła zapomnieć o niedawnej wojnie i wciąż tysiącach min znajdujących się na opuszczonych terenach. To był najlepszy motywator, by zawrócić i wjechać do Czarnogóry.

Rijeka Crnojevica, czyli tzw. „czarna rzeka” to jeden ze wspanialszych cudów natury, które widzieliśmy. Okolica wygląda, jakby zaginała się w niej czasoprzestrzeń, podobnie jak zagina się rzeka w jednym z jej piękniejszych punktów i po prostu czas tu nie płynie.

Rijeka

Rijeka Crnojevica (Czarnogóra) – rzeczywiście woda wygląda jakby była czarna, a czas tu się jakby zatrzymał.

Sveti Stefan, miejscowość słynąca z wyspy-hotelu, znajdująca się obok innego dużego miasta (Budvy) to teren znacznie bardziej zatłoczony. Ceny noclegu w hotelu są bajońskie, jednak wystarczy pojechać na południe od miasta-wyspy, by trafić na bardzo tani camping (2 osoby, samochód i namiot za 12 euro) z własną plażą (słabo oznakowaną). Słabe sanitariaty (tylko jeden prysznic pozwalający zachować prywatność) zmusiły do kąpieli w naturystycznym wydaniu, co dodaje dodatkowe wrażenia. Jednak prywatna plaża z dala od zgiełku cywilizacji, z buchającym ciepłym powietrzem od morza – to przepiękne przeżycie. Na campingu po raz pierwszy spotkaliśmy się z dość dużą ilością polskich turystów.

Sveti Stefan (Czarnogóra) – Zatoka Kotorska – Żabljak (Bobotov Kuk 2 522 m n.p.m.)

200 km

3,5 godzin podróży

W Czarnogórze warto zwiedzić również chyba jedyny fiord na południu – Zatokę Kotorską – i wspaniałe góry – Durmitor. Widok palm przy widokach właściwych dla Norwegii powoduje dziwny (ale cudowny) dysonans. Kolejne miejsce na Bałkanach wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Żabljak to najbardziej popularna miejscowość dla turystów chcących pochodzić po szlakach Durmitoru. Jest to takie nasze polskie Zakopane, tylko kilkadziesiąt lat wstecz. Nas w te rejony skusił najwyższy szczyt tego pasma – Bobotov Kuk. Wysokościowo trochę wyższy od naszych Rys.

Widoków podczas wejścia na górę nie da się opisać słowami. Dodatkowo przepiękna pogoda pozwala na zdobycie szczytu w lekkim odzieniu. Warto jednak zaopatrzyć się w krem do opalania. Wybraliśmy chyba najbardziej urokliwy szlak – z południa na północ. Konieczne jest w takim celu dojechanie taksówką do Sedlo (ok. 15-20 euro). Trzeba mieć też po trzy euro od osoby, bo wejście do parku jest płatne, czego my nie wiedzieliśmy. Szlak od tej strony jest mało popularny – podczas wspinaczki pod sam szczyt nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy!

Sam szczyt z przełęczy położonej ok. 100 metrów niżej, robi duże wrażenie – praktycznie pionowa ściana. Wejście możliwe jest od drugiej strony, jednak dla osób z lękiem wysokości zdecydowanie nie jest to najlepsze miejsce. Widoki przepiękne, jednak brak jakichkolwiek zabezpieczeń, a trzeba się wspinać praktycznie po pionowej ścianie. Może moje wrażenia są zwielokrotnione, ponieważ przed samym szczytem pomyliliśmy trasę i można powiedzieć, że weszliśmy nową, nieoficjalną trasą.

Bobotov Kuk

Najwyższy szczyt Durmitoru – Bobotov Kuk.

Dodatkowe wrażenia do np. jęzor lodowca, dzięki któremu można zaoszczędzić ok. 20 metrów schodzenia w dół… zjeżdżając na swoich czterech literach. Po tę dodatkową frajdę niektórzy wracali jeszcze raz do góry.

Zapasy wody można uzupełnić w okolicznych źródełkach. Trzeba się też liczyć z ok. 10-12-godzinną wyprawą. Naprawdę warto.

Żabljak (Czarnogóra) – Monaster Ostrog – Trebinje (Bośnia i Hercegowina) – Dubrovnik – okolice Ploće (Chorwacja)

220 km

4 godziny podróży

Jadąc znów w stronę wybrzeża zahaczyliśmy o słynny XVII-wieczny klasztor wykuty w skale – Monaster Ostrog. Robi wrażenie, jednak zniechęca bardzo długa kolejka chętnych, by wejść do środka. Kolejny przystanek to bośniackie miasto Trebinje słynące ze starego mostu. Dla nas dodatkowo miejsce, by zdobyć lokalną walutę.

O Dubrovniku słyszeliśmy różne opinie – jednych zniewala, drugich odstrasza ilością turystów. Pierwsze chwile skłaniały nas do tej drugiej grupy (m. in. ok. 10 pierwszych osób, które mówiły w języku polskim), jednak stare miasto… jest przepiękne. Wyślizgany, świecący bruk, wspaniałe zabytki, a wszystko doskonale zachowane, pozwala wrócić do czasów, gdy było to miasto portowo-handlowe. Zabudowa kamienna w klasycznym stylu stawia to miasto na pozycji największej perełki Dalmacji (a może nawet Chorwacji).

Dalmacja

Portowa część „perły Dalmacji” – Dubrovnika.

Sądziliśmy, że nocleg znajdziemy w jedynej miejscowości należącej do Bośni i Hercegowiny, która posiada dostęp do morza (Neum), jednak widoki, które tam zastaliśmy, po nasyceniu się urokami Dubrovnika, skłoniły nas do kontynuowania podróży. Ostatecznie rozbiliśmy namiot przy jednym z campingów na wybrzeżu, znajdującym się zaraz obok plaży.

Ploće (Chorwacja) – Mostar – Sarajevo (Bośnia i Hercegowina) – Toruń (Polska)

1 600 km

24 godziny podróży

Przyszedł czas na poznanie Bośni i Hercegowiny, państwa chyba najmnocniej dotkniętego niedawną wojną. Mostar, nasz pierwszy przystanek, niezwykle przepiękny, ukazywał jednak wiele ran i zniszczeń. Główną atrakcją jest przepiękny most z XVI wieku, który podczas wojny został zniszczony przez czołgi. Na szczęście w 2004 roku został odbudowany, a teraz skaczą z niego skoczkowie-kaskaderzy, zbierając pieniądze od turystów. Przedsięwzięcie odważne, ponieważ nurt jest ok. 20 metrów niżej.

Port

Słynny most w Mostarze (Bośnia i Hercegowina), a na nim odważni skoczkowie.

Sarajewo, nasz kolejny przystanek, to bardzo ciekawe miasto, które jest mieszaniną wielu kultur. W samym centrum, w części słynącej z handlu, znajduje się bardzo dużo meczetów, ale wystarczy trochę odejść, by napotkać cerkiew prawosławną, kościół katolicki, a nawet synagogę.

Miasto słynie z XVIII-wiecznej fontanny, która do dziś jest miejscem, z którego ludzie nalewają sobie wody do własnych zbiorników. Trudno się mówi o innych wydarzeniach, z którymi związane jest to miejsce od niespełna piętnastu lat. Chodzi wciąż o efekty wojny. W szczególności ataki na cywilów. Tylko ze względu na ich pochodzenie, wygląd, czy też wiarę. W centrum znajduje się teraz płomień poświęcony wszystkim ofiarom konfliktu bałkańskiego, niezależnie od narodowości. Mimo wszystko uderza świadomość tego, że jeszcze nie tak dawno tak przyjaźni ludzie, którzy żyją na Bałkanach, mordowali się nieludzko. Niewielu np. słyszało o tzw. „rape camps”, czyli obozach gwałtu… No, ale niech te czasy przejdą w niepamięć, a ja skupię się na jeszcze jednym doskonałym miejscu w Sarajewie.

Restauracja Inat Kuća wiąże się z bardzo ciekawą historią. Otóż domek, w którym się znajduje, stał kiedyś w miejscu, w którym miał powstać Ratusz (a obecnie jest Biblioteka). Wszyscy właściciele lokalnych domów się przenieśli, poza jednym upartym dziadkiem, który nie godził się na żadne pieniądze, z uwagi na to, że jego rodzina mieszkała w tym domku od wielu lat. Ostatecznie domek kamień po kamieniu został przeniesiony na drugi brzeg rzeki Miljacki, a teraz w środku można zachwycać się wyrobami rękodzielniczymi i wspaniałą kuchnią bałkańską (w tym bardzo dobre piwo Sarajevsko).

Planowaliśmy jeszcze znaleźć nocleg, jednak ostatecznie postanowiliśmy ruszyć w długą drogę powrotną. Ciekawostką jest, że zaraz po wyjeździe z Sarajewa można zobaczyć flagę serbską z napisem „Republika Srbska”, a piwa bośniackie (np. Sarajevsko) w tym rejonie zostało zastąpione serbskim Jeleniem. Cały czas więc funkcjonują lokalne animozje i podziały.

Roadtrip, który był jednocześnie podróżą poślubną, przeistoczył się w przecudowną krajoznawczą przygodę. Bałkany otworzyły się przed nami z całym dobrodziejstwem inwentarza: niezwykłymi widokami, lokalnymi specjałami, wspaniałymi zabytkami, a przede wszystkim przyjaznymi i serdecznymi ludźmi z sercami na wierzchu. Radzimy korzystać z tego pięknego źródełka, które jeszcze nie zostało zepsute przez druzgocącą cywilizację, a czas płynie sobie powoli. Aż się chce krzyknąć – Život je čudo!

Tomasz Kowalski


Przydatne informacje:

Podróżowanie autem – w każdym kraju za benzynę można płacić kartą, za płatne autostrady również (choć czasem może to dłużej potrwać).

Waluta – polskie złotówki nie są dla nich walutą, najlepiej zabezpieczyć się w euro lub dolary.

Język – polski powinien wystarczyć 🙂 czasem przydatna jest znajomość cyrylicy.


Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE