Lut 072014
 

Jak się tańczy vallenato, albo babale? Dlaczego warto wrócić do Kolumbii? Co to są kwewri? Odpowiadają MAGDA i MARCIN MUSIAŁ, podróżnicy.

Podobno obydwoje lubicie tańczyć. Jakich tańców nauczyliście się podczas podróży po Ameryce Środkowej i Południowej?

Marcin: Poznaliśmy trzy nowe tańce: vallenato, bambuco i babale. Ogólnie tańczyliśmy dużo więcej, ale salsę i bachatę znaliśmy już z Polski. Bambuco jest prostym tańcem, o karaibsko-folkowych rytmach, ale podobnym trochę do naszej polki.

Magda: Vallenato tańczy się do tradycyjnej kolumbijskiej muzyki, a babale to taniec afrykańskich niewolników, którzy osiedlili się w Ameryce Południowej.

Który Wam się najbardziej podobał?

Magda: Wzrokowo, to oczywiście babale, a jeśli chodzi o zabawę, to na pewno kolumbijska polka (śmiech).

Byliście w różnorodnych miejscach: w parkach narodowych i na szczytach wulkanów. Co Was najbardziej zachwyciło w przyrodzie obu Ameryk?

Magda: Narodziny żółwi w rezerwacie La Flor w Nikaragui! Wykluwają się ze skorupek i wędrują do morza. Są takie małe, że mieszczą się na jednej dłoni.

Marcin: Później wyrastają z nich potwory o wadze 450 kg i grubej skorupie, więc to naprawdę niezwykłe przeżycie, widzieć je takie malutkie. Drugim miejscem na pewno jest Supia, znajdująca się poza znanym szlakiem turystycznym. Od 450 lat wydobywa się stamtąd złoto i żyją tam Indianie, uprawiają kawę, palmy i bananowce.

Magda: Fajnym miejscem jest park Tortugero w Kostaryce, w którym objęte są ochroną nie tylko żółwie morskie, ale cały system dżungli, poprzecinany kanałami rzecznymi. Można po nich popływać na wynajętym czółnie.

Do którego z odwiedzonych krajów chcielibyście wrócić?

Magda i Marcin: Do Kolumbii!

Magda: Żyją tam bardzo fajni ludzie, za którymi się po prostu tęskni. Pozytywni, gościnni, otwarci. Wystarczy, że rozłożysz mapę, a od razu przyjdą do ciebie i zapytają, czy ci nie pomóc, może pójść z tobą, albo nawet postawić ci kawę. Poza tym, Kolumbia jest cztery razy większa od Polski, więc jest co robić i co zwiedzać.

Marcin: Chcielibyśmy też pojechać jeszcze do Kostaryki, ze względu na tamtejszą przyrodę, różnorodną i piękną.

Były „Tańce wśród piratów”, więc pewnie znalazły się też i skarby… Jaki był Wasz największy skarb…

Marcin (przytulając żonę): Magda!

… odkryty podczas tamtej podróży?

Marcin: Aha, to Magdę już znałem, więc chyba… otwarte serce.

Magda: Otrzymaliśmy mnóstwo serdeczności od tamtejszych ludzi – to jest najpiękniejsze i najcenniejsze.

Na stronie zamieszczacie przepisy z różnych krajów świata. Czy są to potrawy przez Was skosztowane i wypróbowane?

Marcin: Tak, nie jedliśmy tylko świnki morskiej, która jest przysmakiem w Ameryce Południowej.

Co Wam najbardziej zasmakowało?

Magda: W Malezji wszystko, co było doprawione curry. W Kolumbii jedliśmy casuelę – pyszną zupę cytrynowo-rybną przygotowaną w specjalnym, żeliwnym, podgrzewanym garnku.

Marcin: Dobra jest też papa rellena – ziemniaki z kulkami jarzyn, czasem podawane także z mięsem. Ale tu można się spierać, bo w Ameryce Południowej kurczak nie jest uważany za mięso.

Magda: Nawet w wegetariańskich daniach możemy czasem dostać kurczaka.

Ostatnio byliście w Gruzji i Armenii. Co Was tam przyciągnęło?

Magda: Kolega, który wręcz zmusił nas, żeby odwiedzić go w Tbilisi (śmiech). A tak na poważnie, to mistycyzm i kultura tych krajów. Jest w nich coś niesamowitego, jakby mglistego i tajemniczego. Czuje się sacrum, zwłaszcza w Armenii.

Sacrum, to znaczy?

Marcin: Czuje się obecność Boga. Pełen mistycyzm. W Gruzji na zewnątrz może być dużo ludzi, może być gwarno i wesoło, ale kiedy wchodzi się do świątyni, panuje zaduma, totalna cisza i spokój.

Czy te świątynie są, jeśli można tak powiedzieć, użytkowane? Niektóre z nich nie są w najlepszym stanie…

Magda: Tak, Gruzini i Ormianie są religijni i chodzą do kościołów. Większość z ich świątyń jest objętych ochroną UNESCO i należy do kościołów narodowych. Oznacza to, że nie są podległe papieżowi, tylko mają swoich zwierzchników.

Marcin: Świątynie, o których mówisz, to zapewne te, które widzieliśmy na granicy Gruzji z Azerbejdżanem. Dawniej leżały one na terenie Gruzji, a teraz część z nich znajduje się na terytorium muzułmańskiego Azerbejdżanu i nikt nie dba o nie.

Co to za „dziury” w podłodze widoczne na Waszych zdjęciach?

Marcin: To tzw. kwewri, czyli naczynia na wino zakopane w ziemi. Wino jest mocno zmineralizowane. To, co opada na dno, to czacza, którą destyluje się jeszcze raz i tak powstaje wysokoprocentowy alkohol. Po pierwszej destylacji mamy czaczę około sześćdziesięcio-procentową, a po drugiej nawet osiemdziesięcio-procentową.

Marcin, przez 17 lat byłeś harcerzem. W jaki sposób przydają Ci się umiejętności z tamtego czasu?

Marcin: W dwóch przypadkach: w podróży i po podróży. W czasie podróży, czasami zdarzają się sytuacje kryzysowe, kiedy trzeba sobie poradzić w warunkach mniej lub bardziej survivalowych, jak np. wtedy, kiedy na granicy Kostaryki z Nikaraguą nie zdążyliśmy na prom i nocowaliśmy w dziczy. Trzeba było zadbać o miejsce do spania i o coś do jedzenia. A po podróży, podczas pracy w przedszkolach, kiedy organizujemy warsztaty podróżnicze dla dzieci, korzystam z gawędy zuchowej. Kreatywność nabyta w harcerstwie pomogła mi w przygotowaniu multisensorycznych warsztatów dla przedszkolaków.

Magda, Ty przez jakiś czas pracowałaś w boliwijskim domu dziecka. Jak zmieniła Twoje życie ta praca?

Magda: Bardzo. Zostawiłam swoją pracę, aby tam pojechać. To niesamowite, być kochanym przez dzieci, które kochają cię już na wstępie, za to, że po prostu jesteś. To taka porcja miłości, która nie może przejść bez reperkusji. To była lekcja tego, ile jestem w stanie z siebie dać i ile chcę dać. W każdej minucie decydowałam, co robić, bo byłam komuś potrzebna. Dało mi to także skupienie się na drobnych rzeczach, np. na tym, ze mogę pójść z dzieckiem na spacer, pomalować z dziewczynkami obrazki. Widziałam efekty i sens, tego co robię. Wcześniej pracowałam w korporacji, gdzie byłam tylko jednym z ogniw całego procesu, nie zawsze widziałam efekt mojej pracy.

Napisaliście, że podróże uczą Was miłości. Jak to jest z Waszą miłością, kiedy wyjeżdżacie?

Magda: Dobrze!

Marcin: Super! (śmiech)

Magda: Tak serio, to nawzajem się uzupełniamy. Mamy takie same cele, ale zupełnie inne charaktery.

Marcin: Ja ogarniam sytuacje kryzysowe, łatwiej mi jest się w nich opanować i działać, natomiast Magda nie ma problemów z językami i nawiązywaniem kontaktów. Oprócz tego w każdej podróży uczymy się otwartości, tolerancji i szacunku do siebie.

Rozmawiała Małgorzata Czekaj

magda_i_marcin

Magda i Marcin Musiał – od trzech lat jesteśmy małżeństwem; w tym czasie zdołaliśmy wybrać się na pięć kontynentów, odbyliśmy wymarzoną trzymiesięczną podróż po Ameryce Centralnej, mieliśmy własną wystawę fotografii podróżniczej w kilku miastach, nauczyliśmy się nurkować, wydaliśmy książkę o podróżach. I jest nam mało! Chcemy poprzez podróże realizować swój koncept na życie, rozwijać się. Przekazujemy ludziom optymizm i radość. Magda – kobieta niecierpliwa, roztrzepana i choleryczna (choć o dobrym sercu). Pasjonatka podróży; odwiedziła ponad 50 krajów, ale zwiedzania świata ciągle jej mało i… tak chyba pozostanie. Tańczy bachatę, uwielbia lody orzechowe, a jak jest poza krajem, tęskni za Tatrami. Żona swojego męża Marcina, którego kocha od pierwszego wejrzenia. Marcin to specjalista w świecie finansów oraz znawca win. Przez 17 lat dorastał i służył w harcerstwie, z czego przez 9 lat był szefem ds. metodyki zuchowej i szkoleń zuchmistrzowskich w Polsce.

Magda i Marcin prowadzą stronę www.magdaimarcin.pl

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE