Maj 222014
 

Kiedy przybywamy na miejsce – Mitsu Hiraoka Nishi 719, w prefekturze Okayama – jest tu jeszcze dwóch innych wolontariuszy: Brian – Amerykanin ok. 26 lat i Jim – Sigapurczyk ok. 45 lat. Też przybyli spróbować wiejskiego życia.

YOSHIHARA-SAN (nasz host) pokazuje nam pokój dla nas. Wygląda on na nieco styrany. Zawalony jest różnymi sprzętami i gratami. Plus widzimy, że shōji są z „dziurami” [shōji 障子 – w tradycyjnej architekturze japońskiej, ruchoma, suwana płaszczyzna do dzielenia pokoju lub jako drzwi do niego, składająca się z drewnianych ramek wypełnionych tradycyjnym ryżowym papierem japońskim washi 和紙].

Mimo zmęczenia podróżą – bierzemy się do sprzątania i naprawy. Przenosimy graty oraz wymieniamy shōji. Zadanie jest dosyć dziwne, bo robimy to pierwszy raz. Trzeba zdjąć stary poprzerywany papier i zastąpić go nowym. Do zdejmowania papieru używamy wody i ściereczki. Po dokładnym oczyszczeniu – można nanieść klej i nowy świeży papier ryżowy. Operacja wymaga delikatności oraz skupienia. Typowo japońskie .

Później kolacja – naprawdę porządna – ryż, jajka (prosto od kury) oraz sałatka, zupa i kurczak. Ledwo udało się zjeść ten naprawdę dobry i świeży wiejski posiłek.

Po kolacji ognisko z bambusów, które przy rozwarstwianiu się strzelają dość charakterystycznie. Jest piwko, my przynosimy żubrówkę i ptasie mleczko. Jest gwiaździste niebo i półksiężyc – gadamy o różnych miejscach i japońskich zwyczajach. Ognisko ciągle strzela. Poznajemy japońską wieś od jej chyba najlepszej strony.

Jednak noc jest bardzo zimna. Japońskie domy nie maja ogrzewania – korzystają z różnych patentów ale to nie zmienia faktu, że śpią w dresach oraz swetrze i czapce. Wchodzę do śpiwora i nakrywam się kocem (tak, razem z głową) . Chwilami jest nawet ciepło.

Wstajemy o 6 rano. Zaczynają się pierwsze obowiązki. Ja wyprowadzam psa, a raczej 3 psy (dwa małe i jeden duży). Widok japońskich domeczków na tle gór otoczonych mgłą, z prześwitem słońca – powala. Pluję sobie w brodę, że nie wziąłem aparatu. Cóż, ale by to wyglądało, gdybym zaczął pierwszy dzień pracy od sweet foci. Jednak widok piękny. Dzień zaczyna się ciekawie, by później pokazać swoje drugie, „toksyczne oblicze”, niestety.

Jemy śniadanie, gadamy, delektujemy się jedzeniem oraz pijemy herbatę. Wszyscy jadamy razem tzn. gospodarz Yoshihara-San, Brian, Jim i My. Żona gospodarza – Sara (Amerykanka) mieszka z córką gdzie indziej. Wpada czasami po południu i jada z nami obiad. Podczas posiłków nikt się nie spieszy, ani specjalnie nie zmusza do rozmowy. Cieszymy się dobrym jedzeniem i towarzystwem. Wszystko w miarę normalnie i na luzie.

Po śniadaniu zadanie trochę trudniejsze m.in. przez pogodę – zrobiło się naprawdę gorąco. Idziemy razem z Yoshihara-San. Niesiemy coś w rodzaju sierpa KAMA do wycinania trawy i mniejszych bambusów. Yoshihara-San, tłumaczy nam, jakie są nasze zadania. Pochylam się, żeby odrzucić kłodę… Nagle Yoshihara-San, krzyczy (no, raczej głośno mówi – on chyba nigdy nie krzyczy): „Snake very dangerous” i „Poison – very dangerous.”

W końcu zauważyłem niewielkiego węża, który leży na konarze. Jestem bardzo blisko, więc nie wiem, czy mam się nie ruszać, czy przebić sierpem. Decyzję pomaga mi podjąć Yoshihara-San, który bez wahania przygniata, swoją kamą na długim kiju, węża do konara. Z polskiej strony lecą dwa uderzenia moją krótką kamą. Jednak skóra węża jest śliska i sierp nie jest wymarzoną bronią. Yoshihara-San, poprawia mocnym uderzeniem. Współpraca PL – JPN zakończona sukcesem. Wąż wije się i generalnie nie ma lekko.

Yoshihara-San mówi: „To mamushi. Bardzo niebezpieczny. Nie przejmuj się on tak się może jeszcze ruszać z godzinę. Zrobię z niego wężówkę.” Odchodzi z wężem zawieszonym na kamie.

(Mitsu Hiraoka Nishi, 8 kwiecień 2014)

Kuba Mierosławski

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE