Lis 122013
 

Przygotowania do lipcowej wyprawy zaczęłam osiem miesięcy wcześniej. Po pierwsze…

Kupiłam rower.

Niby nic nadzwyczajnego, jednak dla mnie to był moment przełomowy. Od tego czasu marzenia nabrały materialnego kształtu. W postaci tego dwukołowca.

Już nie można było powiedzieć: „Nie, to niemożliwe”, albo „Nie chce mi się, pojadę kiedy indziej”.

Rower już był. Widać go było, jak tylko weszło się do pokoju (nie miałam innego, bezpiecznego miejsca, żeby go przechować). Mama jeszcze nie wierzyła, że zdecyduję się pojechać. Właściwie do ostatniego dnia poprzedzającego wyprawę, pytała z niedowierzaniem: „To co, Ty w końcu jedziesz?”.

Pierwszy raz wsiadłam na nowy rower jeszcze tego samego miesiąca. Zanim zdążyłam przejechać się wokół osiedla, zaciął mi się łańcuch. Z rozpaczą stanęłam na środku drogi i obejrzałam szkodę. Okazało się, że źle ustawiłam przerzutki, ale właściwie nie było to nic poważnego. Ruszyłam dalej, ale tamtego dnia szybko wróciłam do domu. Rower wydawał mi się bardzo duży w porównaniu z moim starym pojazdem, jechało mi się na nim dziwnie i nieswojo.

Podczas drugiej rowerowej przejażdżki działo się dużo więcej.

Wpadłam pod samochód.

I rower też.

Był akurat deszczowo-zimowy dzień i choć niedawno rozpoczął się szczęśliwie Nowy Rok, było bardzo ponuro. Dwa dni wcześniej oblałam egzamin na prawko; ale co prawda był to dopiero pierwszy termin, więc na razie moja kondycja psychiczna jeszcze bardzo nie ucierpiała. Cóż jednak miałam powiedzieć, kiedy pół dnia spędziłam na SOR-ze. Pamiątkę po bliskim spotkaniu z samochodem mam do dziś w postaci ciemnej blizny na lewym kolanie (mam nadzieję, że zniknie). Rower został „ochrzczony” kilkoma rysami na ramie.

Przez następne dwa miesiące nie wybrałam się na żadną rowerową przejażdżkę. Tłumaczyłam to niesprzyjającą pogodą (nadeszły siarczyste mrozy, spadł śnieg, drogi były oblodzone), ale w głębi serca wiedziałam, że po prostu mi się nie chce. Czy to nie był jakiś znak? – pytałam samą siebie. Ale jaki znak, niby od kogo? Pleciesz głupoty i szukasz wymówki! Po prostu ci się nie chce i tyle! – od razu się napominałam. Coraz częściej ogarniały mnie chwile zwątpienia. Martwiłam się, że z mojej wyprawy nic nie wyjdzie.

W maju, kiedy już przełamałam swoje obawy i zdecydowałam, że na przekór wszystkiemu pojadę do Chorwacji, urządziłam rowerową eskapadę w Bieszczady. To miał być taki sprawdzian; i dla mnie, i dla roweru (miałam już sakwy oraz cały ekwipunek do wyprawy). Test wypadł znakomicie, więc podbudowana nie mogłam się już doczekać lipca. Choć nadal (słysząc podszepty mało życzliwych) bałam się, że mam za słabą kondycję i nie dam rady przejechać ponad 1000 km, jakie dzieli Polskę od wybrzeża Morza Adriatyckiego.

Cz. 1 – U sąsiadów zza miedzy

Cz. 2 – Na madziarskiej ziemi

Cz. 3 – W gościnie u Chorwatów

Cz. 4 – Wśród bośniackich przyjaciół

Cz. 5 – Przez chorwackie przełęcze

 Epilog

Małgorzata Czekaj

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE