Lis 152013
 

Wyjechaliśmy z lasu i naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Przed nami rozpościerała się szeroka, trawiasta przełęcz. Droga wiodła w  dół, do doliny otoczonej łagodnymi górami. Nie było ani jednego samochodu. Tylko my.  Z dziecięcą radością rozpoczęłam fascynujący zjazd, podczas którego nie musiałam robić nic, poza podziwianiem malowniczego krajobrazu. I choć patrzyłam i patrzyłam, to wciąż mi było mało.

Przez chorwackie przełęcze

Lohovo, 27 lipca

Tego dnia wstaliśmy trochę wcześniej niż zwykle, bo już o 5 rano byliśmy na nogach. Słońce świeciło już jasno niebie, kiedy jedliśmy śniadanie. Było jeszcze chłodno, ale oznaczało to, że zapowiada się letni, upalny dzień.

Do granicy bośniacko-chorwackiej mieliśmy około dwóch kilometrów. Droga wiodła wzdłuż malowniczej, leśnej doliny Uny po lewej stronie, a skalistym zboczem po prawej. Ostre skały, z których często odpadały niebezpieczne odłamki, zabezpieczone były siatką (po chorwackiej stronie jej nie było, więc trzeba było uważać na głowę – dzięki Bogu, mieliśmy kaski!). Niekiedy szosa wpadała w chłodny, ciemny tunel. Mozolnie wspinałam się pod górę, ale nie było to łatwe zadanie. Nie dlatego, że było ciężko. Widoki, jakich dostarczała  rzeczna dolina, były przepiękne. Nie spodziewałam się takich malowniczych pejzaży w  Bośni!

Do granicy nie minął mnie żaden samochód. Mogłam do woli napawać się pięknem natury i otulającą mnie ciszą, zwłaszcza, że kolega został w  tyle. Do budki na przejściu zajechałam sama, ale czułam się w Bośni na tyle swobodnie, że bez obawy wyciągnęłam paszport i podałam go celnikowi, który wyjrzał zza uchylonych drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu wąsaty pan tylko się uśmiechnął, machnął ręką i zapytał, czy jadę sama. Odpowiedziałam, że jadą za mną przyjaciele, schowałam dokument i pojechałam dalej. Postanowiłam poczekać na znajomego w cieniu (słońce zaczęło już dopiekać). Dopiero tam przyszło mi do głowy, że chyba nie było zbyt rozsądnie samej podjeżdżać do granicy, gdzie byli sami faceci.

Dwieście metrów za przejściem bośniackim, było przejście chorwackie. Tam również nikt nie chciał mojego paszportu, bo celnicy byli zbyt zajęci piciem coli i paleniem papierosów.

Znowu byliśmy w  Chorwacji!

W Chorwacji czułam się, jakbym powróciła do świata. Znowu był zasięg w telefonie i znowu ceny roamingu były normalne, a nie astronomiczne (jak w Polsce w  pierwszych latach działania sieci komórkowych).

Czekało na nas ponad 140 km jazdy do Zadaru, przez kilka malowniczych przełęczy. Wjechaliśmy w górzysty teren, przypominający nasze polskie Beskidy (powiedzmy, połączenie Gorców z Beskidem Wyspowym). Jechaliśmy dwukierunkową drogą, wśród lasów i łąk, mijając wsie i pojedyncze domostwa. Bardzo spodobała mi się ta okolica. Z zainteresowaniem rozglądałam się wokół i w pewnym momencie zapomniałam o  moim koledze, zostawiając go gdzieś w tyle. Na szczęście, było wiele miejsc, gdzie mogliśmy na siebie nawzajem poczekać, np. na kwiecistej łące w ożywczym cieniu drzew.

Kiedy skończyła się droga, którą jechaliśmy z Bośni, musieliśmy odbić w  prawo w  kierunku Gračaca. Skręciliśmy w mało uczęszczaną szosę, prowadzącą przez góry. Droga wiodła serpentynami dziesięć kilometrów wzwyż. Przez pierwsze kilka kilometrów na każdym z zakrętów można było podziwiać piękną panoramę Chorwacji (i zapewne też Bośni, choć nie jestem pewna). Z przyjemnością odpoczęłam na jednej z polan, która przemieniła się (na ten krótki moment, gdy przystanęłam, aby zaczerpnąć tchu) w  prawdziwą, zieloną orkiestrę. Grali w niej najwspanialsi, naturalni muzycy – owady. Ciszę wyznaczały ich miarowe cykania, do tego twarz muskał delikatny orzeźwiający wiatr, a oczy patrzyły na dalekie góry, lasy i miasta, rozpościerające się na horyzoncie. Można było odetchnąć pełną piersią i zastanowić się nad pięknem i spokojem tego świata.

Po szóstym kilometrze wjechaliśmy w las, który ciągnął się już do samej góry. Drzewa dawały cień i chłód, mile szumiały w  uszach. Białe, kłębiaste chmury przesuwały się po małym skrawku nieba, który widać było nad gęsto porośniętymi koronami drzew. Jechałam, jechałam, jechałam…

I wreszcie, po półtoragodzinnej wspinaczce, dojechałam do góry. Poczekałam tam na kolegę, który zamarudził po drodze, a w międzyczasie odpoczęłam. Zdjęłam sakwy z roweru i ułożyłam jedna na drugiej. Położyłam się na karimacie, stopy układając na sakwach. To doskonały sposób na zregenerowanie sił podczas upału i wysiłku fizycznego. Po półgodzinie byłam wypoczęta i gotowa do dalszej drogi.

Wyjechaliśmy z lasu i naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Przed nami rozpościerała się szeroka, trawiasta przełęcz. Droga wiodła w  dół, do doliny otoczonej łagodnymi górami. Nie było ani jednego samochodu. Tylko my.  Z dziecięcą radością rozpoczęłam fascynujący zjazd, podczas którego nie musiałam robić nic, poza podziwianiem malowniczego krajobrazu. I choć patrzyłam i patrzyłam, to wciąż mi było mało.

Ładne widoki towarzyszyły nam przez całe przedpołudnie. Okolica przypominała rozległy step, porośnięty kępkami zielonożółtej trawy. Wśród nich wiła się jak wstążka wąska droga. Patrząc na łagodne łuki gór wokoło, zatęskniłam do naszych polskich Bieszczad i Beskidów.

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do Gračaca. Na chwilę się zachmurzyło. Mijało nas wiele samochodów, w tym liczni turyści z Polski. Przejechaliśmy miasto błyskawicznie i skierowaliśmy się w stronę ostatniej (jak się nam wydawało) przeszkody na drodze do Zadaru. Znowu wspinaliśmy się pod górę, tym razem ruchliwą, dwupasmową drogą. Zbocza były strome, więc z obydwu stron jezdni ustawiono barierki. Słońce rzucało łagodne promienie na drzewa rosnące w  dolinie.

Góry były inne niż te, wśród których jechaliśmy do tej pory. Przede wszystkim, widać było białe skały, które wspaniale kontrastowały z ciemną zielenią drzew. Przejechaliśmy kilka tunelów, zakręciliśmy parę razy w lewo, w prawo, lewo i…

Znaleźliśmy się w  zupełnie innej krainie!

Przed nami, a właściwie pod nami, bo my byliśmy jeszcze w górach, rozciągała się szeroka płaska dolina, poprzecinana niebieskimi wstążkami rzek. Większe rozlewiska świadczyły o  tym, że zbliżamy się do poszarpanego brzegu Chorwacji… i  Morza Adriatyckiego! W  powietrzu unosił się zapach śródziemnomorskiego klimatu. Od tego wszystkiego aż kręciło się w głowie, zwłaszcza, że rozpoczął się ekscytujący zjazd.

Kiedy byliśmy już na dole, zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby podzielić się wrażeniami ze strusiami, które z zaciekawieniem zaglądały nam w  obiektywy aparatów fotograficznych.

Z tego miejsca mieliśmy już tylko czterdzieści kilometrów do Zadaru. Zachodzące słońce rzucało nas ognistopomarańczowe promienie. Było ciepło, prawie jak w  tropikach. Ziemię porastała niskopienna roślinność, dlatego widzieliśmy daleko, co dzieje się na horyzoncie. Góry, które stanowiły barierę klimatyczną, zostały z tyłu, nieco po prawej stronie. Raźno jechaliśmy do miejsca docelowego, nie mogąc się doczekać, kiedy zobaczymy morze. Po lewej stronie pojawiały się większe i mniejsze rozlewiska wód, a na brzegu liczne miejscowości turystyczne, kawiarnie i inne atrakcje. Gdy zapadał zmierzch wjechaliśmy na kolorowo oświetlony most. Smugi różnorodnych barw (czerwonych, pomarańczowych, fioletowych) rozjaśniały ciemność nocy i rozlewały się po granatowym niebie. Czułam się jak księżniczka wjeżdżająca wśród fajerwerków do swojego zamku.

Myśleliśmy, że szybko pokonamy te ostatnie kilometry do Zadaru, będące również ostatnimi kilometrami w  naszej wyprawie. Najgorsze jednak czekało nas dopiero na odcinku dwudziestu kilometrów. Było już całkiem ciemno, a my jechaliśmy ruchliwą (bo jedyną) drogą, po której szaleli kierowcy osobówek i tirów. Do tego jeszcze okazało się, że mamy pod górę. Byłam już zmęczona i naprawdę nie chciało mi się tamtędy jechać.

Ostatnie trzynaście kilometrów ciągnęły się w nieskończoność. Z ulgą powitaliśmy światła Zadaru, jego szerokie, spokojne ulice. Pruliśmy prosto nad zatokę. Wyczerpani fizycznie i psychicznie dotarliśmy nad chorwacki brzeg tuż przed północą.

Wyprawa rowerowa dobiegła końca.

Zadar, 28 lipca i później

Dzień w Zadarze wstawał powoli, na wąskich uliczkach pojawiali się pierwsi ludzie: pracownicy licznych kawiarni i sklepików z pamiątkami oraz turyści. Wreszcie pojedyncze głosy,  ciche rozmowy i nieśmiałe szurania przemieniły się w  wesoły gwar, a to oznaczało, że dzień rozpoczął się na dobre.

Czas wstawać.

Mniej więcej tak właśnie wyglądało budzenie się do życia turystycznej miejscowości z perspektywy osoby śpiącej w hostelu tuż nad główną ulicą w portowej części miasta.

Zadar leży w Dalmacji i, jak każda turystyczna atrakcja, jest zadbany i ładny. Charakterystyczne budowle to kościół św. Donata w kształcie rotundy, katedra św. Anastazji, czy rzymskie ruiny. Patrząc w górę widzimy odrestaurowane zabytki na błękitnym tle nieba, a patrząc przed siebie, turystów w sklepach, turystów w kawiarniach, albo ewentualnie, turystów kąpiących się w zatoce. Spokoju tu nie znajdziemy, ale nie powinno to dziwić: w końcu Zadar to jedno z największych miast w Chorwacji, łączy południe kraju ze stolicą, jest tutaj stocznia, lotnisko i port.

Pochodzące z różnych epok i zbudowane w różnym stylu zabytki odzwierciedlają barwne dzieje miasta. Dawno, dawno temu żyło tutaj plemię Liburnów. Jadreę, jak wówczas nazywano tę osadę, podbili Rzymianie, którzy wybudowali tu amfiteatr, forum, mury obronne z basztami i bramy. Następnie miasto stało się centrum bizantyjskiej Dalmacji, na przełomie VI i VII w. urodził się tu papież Jan IV. Jakoś sto lat później do Zadaru zaczęli przybywać z północy Słowianie. Dopiero w X w. uznano tutaj zwierzchnictwo władców chorwackich, ale nie na długo;  Zadar przechodził z rąk do rąk: najpierw z chorwackich do weneckich, potem do habsburskiej Austrii, aby po I wojnie światowej stać się włoską enklawą, wreszcie w 1944 r. częścią Jugosławii. W 1991 r. stał się z powrotem chorwackim miastem.

Na pewno warto odwiedzić Zadar i przespacerować się deptakiem nad granatową, lśniącą w słońcu zatoką. Odpocząć w chłodnym cieniu kawiarni, zatrzymać się chwilę przy piaskowych ścianach zabytków. Potem wsiąść do promu i odpłynąć w stronę chorwackich wysp, wzdłuż malowniczego brzegu Dalmacji.

***

Po krótkim odpoczynku w Zadarze, wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu – tym razem autobusem i pociągiem. Polska przywitała mnie pochmurnie i deszczowo, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Czułam jeszcze na skórze chorwackie słońce i lekki podmuch wiatru znad Adriatyku.

Epilog

Autorem „Opowieści…” jest Małgorzata Czekaj.

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE