Lis 122013
 

Napotkani ludzie byli rozmowni i mili. Jeden pan specjalnie dla nas zerwał najładniejsze brzoskwinie ze swojego sadu i przyniósł je nam, bo „na pewno chce nam się pić w  taki upał”. Były to drobne, miłe gesty, o  których długo się pamięta.

 

Wśród bośniackich przyjaciół

Zagrzeb, 25 lipca

Dzień rozpoczął się słonecznie. Przejechaliśmy przez Zagrzeb uśmiechnięci, po komfortowych ścieżkach rowerowych.  W  głowie miałam już stereotypowe obrazy z Chorwacji, przedstawiające lazurowe morze i kolorowe plaże pełne wczasowiczów. Pognaliśmy po płaskiej szosie, biegnącej równolegle do autostrady. Mijało nas wiele samochodów, także z polskimi rejestracjami, a nawet w  pewnym momencie ktoś dramatycznie z głośnika mojego CB radia wołał Darka.

Żegnałam się z Zagrzebiem z pewnym niedosytem, ale bez żalu. Nie zwiedziłam wszystkich zabytków i kawiarni, ale bardzo chciałam jechać dalej. Zagrzeb jako miasto i stolica nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia.

Tuż przed wyjazdem z żupanii zagrzebskiej (chorw. zagrebačka županija), zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej uzupełnić zapasy energii (straconej raczej na rozglądaniu się po chorwackich wioskach niż na jeździe rowerowej). Po przekroczeniu „granicy” komitatu ładna i zadbana okolica zaczęła się zmieniać. Coraz częściej pojawiały się opuszczone domy. Niektóre z nich były zniszczonymi ruderami, z zabitymi oknami i drzwiami, odrapanymi ścianami i dziurawymi dachami. Inne, obrośnięte kurzem czasu, zdawały się zastygnąć z zamkniętymi szczelnie okiennicami. Zdawały się czekać na swoich mieszkańców, którzy niecałe dwadzieścia lat wcześniej zostawili je, być może, z nadzieją powrotu. Zapuszczone ogrody porastały wysokie trawy, dzikie krzewy i połamane drzewa. Jadąc przez chorwackie pola i lasy nie widzieliśmy ani jednej żywej duszy, a jeśli zdarzały się jakieś zamieszkane wioski, jedynym znakiem, że ktoś tu żyje, były jedynie szczekające psy.

Im dalej jechałam, tym trudniej było mi cieszyć się z pięknych, leśnych widoków. Zaczął kropić deszcz, nie zrobiliśmy jednak przerwy. Po pierwsze, prawdopodobieństwo znalezienia noclegu było małe. Po drugie, nie chcieliśmy nocować w  namiocie w tej ponurej okolicy. Po trzecie, chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do Bośni i Hercegowiny.

Po południu znów się rozpogodziło i wyjrzało słońce. Mijaliśmy właśnie dom, na którym widoczne były ślady po kulach.

Kilkanaście kilometrów jechaliśmy wzdłuż granicy z Bośnią. Mijaliśmy małe wioski, gdzie psy swobodnie biegały po ulicy, a w polach – niczym strażnicy – sterczały prawdziwe strachy na wróble. Czuć było swojski klimat polskiej wsi z lat 90. Momentami kończyła się asfaltowa droga i wjeżdżaliśmy na ubitą drogę piaskową lub żwirową.

Trzy kilometry przed przejściem miałam wypadek. Jedna z kur przechodzących przez jezdnię wpakowała się wprost przed moje przednie koło. Chciałam sprytnie zamanewrować i uratować biedne zwierzę, ale w  rezultacie sama wylądowałam na asfalcie i rozharatałam sobie łydkę. Polała się krew. Na szczęście sytuacja została szybko opanowana… A ja poczułam „smaka” na rosół z kury!

Całe przedstawienie wydarzyło się przed pewną skromną willą, w  której mieszkała liczna rodzina. Od razu babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie, wraz z trzyletnim bobasem przybiegli na miejsce zdarzenia i pytali, czy wszystko ze mną w  porządku. Dla nich pewnie to była atrakcja, bo nie co dzień tuż przed ich domem rozbija się zagraniczna turystka, o  mało co nie zabijając kury.

Przekroczyliśmy wreszcie granicę chorwacko-bośniacką. Miałam pewne obawy, czy w  ogóle jechać do tego kraju, dlatego z rezerwą przypatrywałam się tamtejszym celnikom, sprawdzającym mój paszport w  pierwszym okienku. W  drugim sympatyczna pani zapytała, czy wbić mi pamiątkową pieczątkę (rzecz jasna, zgodziłam się) i… na tym się skończyło.

Byłam w  Bośni!

Interesującym widokiem był fragment starej drogi, którą jeszcze na początku lat 90. można było swobodnie przejechać, a obok której wybudowano teraz przejście graniczne z powiewającymi dumnie flagami dwóch różnych państw. Miałam jednak wrażenie, że tablice informacyjne, jakie zwykle stawia się przy granicy, wyglądają sztucznie w leśnej okolicy, przy zwykłej, wiejskiej szosie.

Zatrzymaliśmy się w Velikiej Kladušy, która znajduje się zaraz za granicą. Zjedliśmy tam kolację, budząc ogólne zaciekawienie, gdy paradowaliśmy po centrum miasteczka z rowerami i sakwami, w  kaskach i stroju rowerowym. Ponieważ zbliżał się wieczór, zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg.

Znaleźliśmy je kilka kilometrów za Kladušą, w  Barake. Przyjęła nas sympatyczna rodzina Bośniaków, częstując nas kawą i klikuszą. Ta tradycyjna potrawa jest pyszna i sycąca, chociaż składa się tylko z dwóch składników: pieczonych ziemniaków i białego sera. Gospodynie podały posiłek na wielkim, okrągłym talerzu, z którego jedliśmy wspólnie (na szczęście, każdego wyposażono we własny widelec).  Zostaliśmy poczęstowani również własnoręcznie robioną rakiją. Siedzieliśmy przy stole w  garażu (zaczęło padać) do późnego wieczora.

Nasi Bośniacy pracowali w  Austrii, więc znali doskonale niemiecki. Niestety, my mówiliśmy tylko po polsku i angielsku. Nie mogliśmy porozumieć się w  żadnym wspólnym języku. Nie przeszkodziło nam to jednak przegadać kilku godzin, i to w czasie których milczenie nie panowało dłużej niż pół minuty (gdy piliśmy kawę). W  jaki sposób? No, normalnie, my mówiliśmy po polsku, oni po bośniacku i każdy wszystko rozumiał.

Zostaliśmy szybko „prijatielami” naszych Bośniaków, którzy w  zaufaniu pokazali nam pozostały z czasów wojny asortyment broni i podzielili się wojennymi wspomnieniami. Świetnie orientowali się w  tym, co dzieje się w  Polsce i pytali nas o najnowsze wieści ze śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Byłam zaskoczona, że się tym interesują, jak również, że w  ogóle o  tym pamiętają.

Pozwolili nam położyć się spać późno w noc, kiedy wypiliśmy całą rakiję i poznaliśmy bośniackie nazwy wszystkich przedmiotów zgromadzonych w garażu (a było ich dużo).

Barake, 26 lipca

Wyjechaliśmy od naszych Bośniaków rano, zaraz po śniadaniu, choć chcieliśmy jeszcze z nimi trochę zostać. Na pożegnanie wypiliśmy wspólnie po filiżance mocnej, czarnej kawy.

W  promieniu kilkunastu kilometrów wszyscy, których spotkaliśmy na naszej drodze, wiedzieli, kim i skąd jesteśmy, dokąd jedziemy i gdzie spaliśmy ostatniej nocy. Wchodząc do sklepu nie mogliśmy zachować anonimowości, bo ekspedientka  z uśmiechem krzyczała, że bardzo się cieszy, ze właśnie do niej przyszliśmy coś kupić.

Trudno mi się było przyzwyczaić do pewnego dziwacznego nawyku bośniackich kierowców, którzy przejeżdżając obok rowerów trąbią, o  mało co nie przyprawiając człowieka o  zawał serca. Po jakimś czasie przestałam jednak zwracać uwagę na klaksony, a skupiłam się na pięknych widokach i groźnie wyglądającym niebie (na wschodzie gromadziły się ciemne chmury i błyskało się).

Nam jednak pogoda sprawiła niespodziankę: było ciepło i zza chmur co jakiś czas wyglądało słońce, przypiekając najbardziej wystawione na jego promienie części ciała. Po tych kilku bezchmurnych dniach byłam już niemal brązowa. Nie chcę wiedzieć, jak bym wyglądała, gdyby było słonecznie przez cały czas naszej wyprawy. Chyba na stałe zmieniłabym kolor skóry!

Jechaliśmy przez leśną okolicę, co jakiś czas wjeżdżając do mniejszej lub większej wsi. Mijaliśmy ładne i zadbane domy, a jeśli któreś takie nie były, oznaczało to, że jeszcze są w trakcie budowy.

Napotkani ludzie byli rozmowni i mili. Jeden pan specjalnie dla nas zerwał najładniejsze brzoskwinie ze swojego sadu i przyniósł je nam, bo „na pewno chce nam się pić w  taki upał”. Były to drobne, miłe gesty, o  których długo się pamięta.

Jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie udało mi się zobaczyć podczas wyprawy, to była dolina Uny, którą jechaliśmy tamtego dnia przez większość czasu. Do dziś pamiętam zapach soczystych, iglastych lasów, słyszę odgłos szumiącej wody i czuję delikatne muskanie lekkiej mgły, gdy wieczorem siedziałam nad brzegiem rzeki. Una płynie przez Bośnię i Chorwację, więc jej szafirowa wstęga towarzyszyła nam aż do przejścia granicznego, ofiarując oczom niezapomniane widoki.

Do granicy bośniacko-chorwackiej dojechaliśmy jednak dopiero następnego dnia. Tamtego wieczoru zatrzymaliśmy się dwa kilometry od granicy, na uroczym polu namiotowym w  Lohovie.

Przez chorwackie przełęcze

Autorem „Opowieści…” jest Małgorzata Czekaj

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE