Lis 122013
 

Wtedy podeszła do mnie pewna dziewczyna, która siedziała ze znajomymi przy stoliku obok. Młoda, drobna blondynka z ciepłym uśmiechem zapytała, co się stało. Nie mając ochoty wdawać się w  szczegóły, powiedziałam jej, że jestem na wyprawie rowerowej i bolą mnie nogi. Wtedy ona mnie totalnie zaskoczyła. Zapytała, czy może się za mnie pomodlić. Nie wiedziałam, co ma na myśli, ale zgodziłam się. Poza tym, wszystko było mi obojętne.

W gościnie u Chorwatów

Zagrzeb, 24 lipca

Rano okazało się, że jednak z couchsurfingowego noclegu nici. Właścicielka domu, w  którym mieszkał Elvis, zażądała opłaty za spanie i na dodatek policzyła sobie ceny jak w dobrym hostelu w centrum miasta. Musieliśmy jednak zostać, gdyż szkoda było czasu szukać innego miejsca.

Elvis, jak na piłkarza przystało, był dobrze wysportowany. Od rana eksponował swoją kondycję i chciał się z nami mierzyć. Proponował wyścig do pobliskiego jeziora (10 km). On miał biec, my jechać na rowerach. Na planach się skończyło. Nie miałam najmniejszej ochoty na żadne zawody. A raczej nie ja, tylko moje bolące i opuchnięte kostki. Elvis starał się być miły i zabawny, ale ze względu na moją kontuzję nie byłam za bardzo towarzyska.

Po południu przyszła do nas Matea – bardzo miła i sympatyczna Chorwatka, koleżanka „naszego” piłkarza. Miała nas ona oprowadzać po Zagrzebiu, bo jak się okazało, Elvis niewiele wiedział na temat tego miasta. Jego marzeniem było wyjechać z Chorwacji i być piłkarzem „prawdziwego” europejskiego klubu. Kiedy wypytywał o  kluby piłkarskie w  Polsce, spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Owszem są, ale do poziomu europejskiego wiele im brakuje, kolego!

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wycieczki po Dolnym Mieście. Byłam bardzo zdumiona, jak okazały jest główny dworzec kolejowy (Glavni kolodvor). Trudno się jednak dziwić, że budynek przypomina fasadą raczej muzeum niż stację kolejową – w końcu w  XIX w. Zagrzeb uważany był za bramę wjazdową do Wiednia i Budapesztu, a to zobowiązuje! Dworzec zaprojektował architekt Ferenc Pfaff i otwarto go w 1892 r. Naprzeciw niego stoi pomnik króla Tomisława, pierwszego koronowanego w 925 r. władcy Chorwacji. Statua królewska została wykonana przez Frangeša Mihanovicia i pełni dziś (oprócz patriotycznej) ważną funkcję; podobnie jak nasz krakowski „Adaś” jest punktem spotkań zagrzebian i… gołębi.

Byłam zauroczona parkiem ciągnącym się wzdłuż placu Króla Tomisława (Trg Krala Tomislava). Wysokie drzewa, zielona trawa, kolorowe kwiaty – prawdziwa enklawa przyjemności w  centrum miasta.

I tak, klucząc różnymi ulicami, doszliśmy do placu bana Josipa  Jelačicia (Trg bana Josipa Jelačića). Był on władcą Chorwacji w latach 1849-1859, w których po Wiośnie Ludów Chorwaci na krótko ogłosili autonomię, pozostając jednak wciąż pod zwierzchnictwem monarchii habsburskiej. Ban to tytuł używany w środkowo-południowej Europie między VIII a XX wiekiem. Początkowo używany w Bośni, rozprzestrzenił się na Bałkanach i poza ich granicami. Plac Jelačicia nie ma jednak takiego nastroju jak Rynek Główny w  Krakowie, czy plac Zamkowy w Warszawie. Tutaj jeżdżą tramwaje, jest bardziej „pospolicie” i moją uwagę przykuły właściwie tylko dwie rzeczy: pomnik wyżej wymienionego władcy siedzącego na koniu i fontanna, z którą wiąże się legenda o nazwie „Zagrzeb”. Posąg bana Jelačicia to dzieło wiedeńskiego rzeźbiarza Antona Domika Fernkona. Komuniści usunęli go, bo wyrażał według nich dążenia Chorwacji do niepodległości. Na szczęście, nie został zniszczony, a jedynie przechowano go w magazynie. Na początku lat 90. ban Josip wrócił na swoje miejsce. Jeżeli chodzi o nazwę stolicy, to rozpoczyna się ona u brzegu sadzawki, której dziś wytryska fontanna. Pewna dziewczyna nabierała tam wody. Podszedł do niej król Tomisław i rzekł: „Zagreb”, co miało oznacza prośbę, żeby nabrała trochę wody i podała również jemu.

Imponujące są strzeliste wieże Katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Katedralna Marijina Uznesenja i sv. Stjepana). To świątynia pamiętająca pierwszych chorwackich królów, zbudowana w XIII w. Wcześniej stał tu kościół romański, a dziś na jego miejscu znajduje się posąg złotej Madonny w otoczeniu czterech aniołów. Obecny wygląd, w tym neogotyckie wieże katedry, to rezultat odbudowy w XIX w. po trzęsieniu ziemi. Jan Paweł II odwiedził to miejsce w  1994 r. Świątynia robi wrażenie, jak wszystkie budowle w gotyckim stylu. W jej wnętrzu spoczywa arcybiskup Alojzije Stepinac, beatyfikowany przez Jana Pawła II w  1998 r. Niezaprzeczalnie czuje się tu podniosły nastrój, wzbudzający szacunek oraz zachęcający do refleksji i modlitwy.

Dotarliśmy też na plac Dolac, na którym odbywa się najsłynniejszy zagrzebski targ. Kiedy przybyliśmy na miejsce, czas handlu już się (niestety) skończył – zastaliśmy jedynie porozrzucane na chodniku  owoce, świadczące, że coś tu się kiedyś działo.

Elvis miał głowę pełną pomysłów i cały czas powtarzał, że Zagrzeb jest „sexy”. Zauważyłam, że według niego wszystko jest „sexy” i kiedy podzieliłam się z nim tą uwagą, bez skrępowania przyznał mi rację. Jego rozbrajający uśmiech pozwolił mi jednak wybaczyć wszystkie nieprzyzwoite żarciki. Na szczęście powstrzymał się od komplementów na temat mojej osoby.  ZacierajMuzeum złamanych związkówąc ręce i uśmiechając się „podejrzanie” zaprowadził nas do Muzeum Zerwanych Związków.

Samo muzeum to nic szczególnego (parę listów, upominki dla nieszczęśliwie zakochanych i sklep z koszulkami), ale zaintrygowała mnie ta nietypowa „przestrzeń sztuki”. Okazało się, że gdy komuś powinie się noga w  miłości, może przynieść do muzeum wszystko, co pochodzi z nieudanego związku. To w  sumie może być dobre; człowiek przynosi tu wszystkie listy, wiersze i szczoteczki do zębów, muzeum to rekwiruje, a nieszczęśliwemu zakochanemu, kiedy pozbędzie się wszelkich pamiątek, łatwiej jest wylizać się z miłosnych ran.

Chorwacki Teatr Narodowy

Chorwacki Teatr Narodowy (Hrvatsko narodno kazalište) przypomina mi Teatr im. J. Słowackiego w  Krakowie. Naprawdę! Choć pewnie, gdyby szczegółowo porównać, budynki są zupełnie różne. Niemniej, pochodzą z tego samego okresu (1893 i 1894 r.)

Bardzo rozpoznawalny jest kościół św. Marka (crkva sv. Marka). Tak, to ten z „szachownicą” na dachu. Czerwone, niebieskie i białe dachówki układają się w  herb Zagrzebia  oraz herby Chorwacji, Slawonii i Dalmacji.kościół św. Marka (crkva sv. Marka) Świątynia pochodzi z XIII w., ale dach wykonano pod koniec XIX w.

Panorama Zagrzebia nie należy do imponujących. Uważam jednak, że miasto ma swój charakter i warto je zobaczyć. Nie wyczułam tam klimatu „wielkich, europejskich” stolic, ale kawiarnie na starym mieście mają swój urok i miło jest zasiąść w  nich popijając zimne piwo lub pyszne chorwackie wino.

Zmęczeni zwiedzaniem zatrzymaliśmy w jednej z restauracji na obiad. Miłą atmosferę wspólnego posiłku zniszczyła jednak kłótnia, która wisiała w powietrzu już od dłuższego czasu. No cóż, kryzys.

To, że podczas podróży pojawią się jakieś nieporozumienia jest prawie pewne. Od innych, bardziej doświadczonych podróżników, wiedziałam, że wspólna wyprawa to inaczej egzamin naszego charakteru.

Tamtego dnia w  Zagrzebiu pokłóciliśmy się ostro.

Miałam, jednym słowem, dość. Zawiódł mnie znajomy, zawiodły mnie moje wyprawowe plany, zawiodły mnie moje opuchnięte kostki. Zawiodło mnie wszystko.

Czułam się zmęczona, zniechęcona, samotna. Chciałam wracać do domu.

Niestety, od niego dzieliło mnie ponad 800 km.

Nie wiedziałam, co mam robić. Poszłam więc do toalety i rozpłakałam się.

Wtedy podeszła do mnie pewna dziewczyna, która siedziała ze znajomymi przy stoliku obok. Młoda, drobna blondynka z ciepłym uśmiechem zapytała, co się stało. Nie mając ochoty wdawać się w  szczegóły, powiedziałam jej, że jestem na wyprawie rowerowej i bolą mnie nogi. Wtedy ona mnie totalnie zaskoczyła. Zapytała, czy może się za mnie pomodlić. Nie wiedziałam, co ma na myśli, ale zgodziłam się. Poza tym, wszystko było mi obojętne.

Do wieczora włóczyliśmy się po mieście. „Pożar” między mną a znajomym został ugaszony. Kładłam się spać z wielką ulgą i pokojem w sercu. Czułam, że cokolwiek by się nie działo, nie jestem sama. Jest ze mną Ktoś, kogo nie widzę, ale Kto się mną opiekuje.

Wśród bośniackich przyjaciół

Autorem „Opowieści…” jest Małgorzata Czekaj

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE