Lis 122013
 

Na tarasie domu Dany i Józefa zjedliśmy pyszne, syte śniadanie. Po raz pierwszy brałam udział w  dojeniu kozy, którą gospodarze trzymali na swojej prywatnej farmie razem ze świnką i królikiem. Po wymianie uprzejmości, adresów i zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w  dalszą drogę. Dana zaopatrzyła nas w  śliwowicę i piernik, który specjalnie dla nas upiekła.

Na madziarskiej ziemi

Jasova, 19 lipca

Obudziłam się, gdy poranne słońce zdążyło już nagrzać wnętrze namiotu do temperatury krytycznej. Z ulgą wyszłam na zewnątrz i z radością spostrzegłam, że zapowiada się piękny, słoneczny dzień, właściwie pierwszy tak pogodny od początku wyprawy.

Na tarasie domu Dany i Józefa zjedliśmy pyszne, syte śniadanie. Po raz pierwszy brałam udział w  dojeniu kozy, którą gospodarze trzymali na swojej prywatnej farmie razem ze świnką i królikiem. Po wymianie uprzejmości, adresów i zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w  dalszą drogę. Dana zaopatrzyła nas w  śliwowicę i piernik, który specjalnie dla nas upiekła.

Do Komárna, miasta pół na pół słowackiego i węgierskiego, dojechaliśmy po niecałych dwóch godzinach. Trasa była lekka i przyjemna. Płasko, ciepło, czegóż chcieć więcej? Mimo to, czułam się znużona. Marzyłam o  porządnym praniu, wypoczynku bez roweru i oderwaniu się od towarzystwa mojego kolegi, który zaczął mnie po prostu męczyć (i myślę, że wzajemnie). Nie dawaliśmy jednak nic po sobie poznać. Z ulgą odpoczęliśmy w parku, pijąc chłodną oranżadę w  cieniu bujnych, zielonych drzew.

Komárno to dla mnie wyjątkowe miasto, wpisujące się idealnie w  burzliwą historię tej części Europy. Od początku dziejów, do roku 1945 (oprócz dwudziestolecia międzywojennego), było jedną osadą, leżącą u zlewiska Dunaju i Wagu. Obecnie rozdzielone jest pomiędzy dwa państwa: słowacka część, po lewej stronie drugiej co do długości rzeki w  Europie, nazywa się Komárno, a węgierska, po prawej, Komárom.

W ciągu wieków miasto miało różnych władców. Jako pierwsi miejsce to, doskonałe pod względem strategicznym, docenili Celtowie i Rzymianie. Po obu stronach Dunaju założyli miasto Brigitio oraz fort obronny Celemantia. Następnie, po Awarach i Słowianach nad brzegi rzek dotarli Węgrzy, którzy w  ich widłach  zbudowali zamek. Wokół budowli powstał całkiem spory ośrodek miejski. W  XV w. król Maciej Korwin postanowił urządzić sobie w  Komárnie pałac przeznaczony do wypoczynku, a przy okazji zbudował również port dunajski i stocznię. Po tak wspaniałym rozkwicie, nadszedł czas zastoju. Kiedy trwały wojny tureckie, Komárno znalazło się na granicy cesarstwa austriackiego i imperium osmańskiego. Rozbudowywano wtedy co prawda fortecę, ale kosztem „cywilnego” miasta. Dopiero po  wygonieniu Turków i zakończeniu powstań antyhabsburskich osada mogła się dalej rozwijać. W  1745 r. Maria Teresa nadała osadzie przywileje wolnego miasta. W  Komárnie powstało wiele barokowych budowli i świątyń. W  II poł. XVIII w. trzęsienia ziemi nawiedziły miasto i poważnie je uszkodziły.

W  czasie wojen napoleońskich Habsburgowie rozszerzyli twierdzę w  potężny system wałów, murów i fortów. Prace te przerwała węgierska wojna o  niepodległość w  latach 1848-1849. Wówczas, już miesiąc po kapitulacji całego kraju, tutaj, w  Komárnie, wojsko powstańcze pod dowództwem Györgya Klapki (jego pomnik stoi dziś w  centrum) broniło się w  potężnej twierdzy. Niestety, zniszczenia okazały się na tyle duże, że Komárno na kilkadziesiąt lat straciło na znaczeniu.

Impas przerwała budowa mostów na Dunaju (dziś, przekraczając granicę, można przejechać właśnie przez jeden z nich) i linii kolejowej na początku XX w. Ostatecznie, Komárno zostało podzielone między Słowację i Węgry, choć przeważająca część jego mieszkańców (ponad 60%) jest pochodzenia madziarskiego.

Po stronie słowackiej zachowało się stare miasto, które naprawdę warto zwiedzić. Oprócz oczywistych zabytków, takich jak ratusz, czy wspomniany wcześniej pomnik powstańczego bohatera, warto zobaczyć też plac, na którym postawiono każdemu narodowi europejskiemu dom. Miejsce to jest bardzo kolorowe i urocze. Zaprowadził nas tam pewien starszy pan, który dołączył do mnie i do kolegi, kiedy pstrykaliśmy zdjęcia na rynku. Z sympatycznym uśmiechem zaproponował, że oprowadzi nas po mieście i opowie jego historię. Mówił po słowacku i co chwilę upewniał się, czy wszystko rozumiemy.

Zaprowadził nas na plac domów europejskich, pokazał polski dom, po czym… zniknął. Nie zdążyliśmy mu nawet porządnie podziękować za ten akt bezinteresownej gościny. Do dziś pamiętam jego lekko przygarbioną sylwetkę, kiedy prowadzi swój stary rower i palcem wskazuje na jakiś zabytek, opowiadając, w  jaki sposób, na czyje życzenie powstała ta budowla.

Musieliśmy wreszcie, prędzej czy później, przekroczyć granicę. Wjechaliśmy do węgierskiej części miasta. Nic specjalnego tam nie zauważyłam, ale miło zaskoczyły mnie ścieżki rowerowe wydzielone na brzegach ruchliwych ulic.

Zaczęliśmy przemierzać kraj naszych „bratanków”.

Ponieważ kilka lat temu poznałam grupę kilku sympatycznych Węgrów i Węgierek, z którymi od razu nawiązałam nić porozumienia, byłam pełna entuzjazmu i sympatii wobec przedstawicieli tej nacji. Naiwnie wyobrażałam sobie, jak to przyjmują nas z otwartymi rękami, częstując węgierskim alkoholem i narodowymi potrawami.

Jak można było przypuszczać, już pięć minut po przekroczeniu granicy ciężko się rozczarowałam. Jakiś Węgier wyskoczył z samochodu i zaczął na mnie wrzeszczeć, że zajechałam mu drogę… rowerem. Ponieważ jednak nie miałam ochoty wdawać się z nim w  dyskusje, pojechałam sobie dalej, zupełnie go ignorując.

Jechaliśmy przez wioski, w  których większość ludności stanowili Cyganie. Kiedy pytaliśmy o  drogę, trudno się było dogadać. Znałam parę słów po węgiersku, ale były to raczej pojedyncze zwroty, zupełnie nieprzydatne, jeśli chodzi o  wskazanie drogi. Przyzwyczailiśmy się już do słowackich oznaczeń i teraz, pomimo mapy, nie mogliśmy czasem wyczaić, czy jechać w  prawo, czy w  lewo. Pytani Węgrzy, nawet młodzi, nie potrafili nam wyjaśnić po angielsku, gdzie mamy skręcić. Kiedy zmęczeni, wspinaliśmy się z trudem pod niezbyt stromą górę w stronę miejscowości Dad, wyprzedził nas czerstwy staruszek, również jadący na rowerze. Obdarowując nas swym pięknym, bezzębnym uśmiechem, zawołał do nas przyjaźnie: „Lendiel, Lendiel!!! Forsof, Forsof!!!”. Pominę zarówno to, że jechał szybciej od nas i to z zupełną łatwością, jakby wcale nie miał na karku kilkudziesięciu lat więcej, jak i to, że wziął nas za Warszawiaków, bo jego spontaniczny okrzyk był jedynym objawem sympatii i gościnności wobec nas tamtego dnia na Węgrzech.

Całe popołudnie przemierzaliśmy przez wioski i wioseczki, jednak szło nam to bardzo wolno, bo zaczęły mnie boleć ścięgna Achillesa. Kostki spuchły mi tak, że były takiej samej grubości co moje kolana. Byłam wdzięczna koledze, że cierpliwie czekał na mnie, gdy z bólu nie mogłam się zebrać i przejechać nawet po płaskim terenie.

Chcieliśmy złapać jakiś autobus, żeby dojechać do miejscowości, w  której mieliśmy mieć nocleg, ale akurat tak się złożyło, że zatrzymany kierowca  nie życzył sobie rowerów w  swoim pojeździe. Tak więc jechaliśmy dalej i osiem kilometrów przed docelową miejscowością złapała nas burza.

Zaczęło się od silnego podmuchu wiatru, który o  mało co, nie zmiótł nas z drogi. Szybko zsiedliśmy z rowerów i, trzymając je mocno, przeszliśmy na drugą stronę ulicy, do przydrożnej restauracji, która, dzięki Bogu, była otwarta. Burza rozszalała się na dobre. Pioruny rozświetlały niebo, grzmoty pomrukiwały groźnie, wiatr dął w  drewniane ściany gospody, a my jedliśmy sobie ciepłą kolację i piliśmy węgierskie wino. Rozmyślaliśmy, co dalej, bo zrobiło się już ciemno i późno. Byłam zmęczona, ale dobry posiłek sprawił, że nieco poweselałam i z optymizmem patrzyłam w  przyszłość.

Druga połowa ekipy, która dokumentowała kamerą naszą rowerową wyprawę, jechała samochodem (za nami, albo przed nami). Jeszcze w  Polsce umówiliśmy się, że są oni tylko ekipą filmową, robią swoje zadanie i nie ma takiej opcji, że korzystamy z ich pomocy na trasie. Tamtego wieczoru jednak złamaliśmy dane sobie słowo. Zapakowaliśmy rowery i sakwy do auta i pojechaliśmy 40 km dalej do następnego przystanku na trasie, miasta Veszprém, gdzie mieliśmy przewidziane dwa dni na odpoczynek. Jak się okazało, ta decyzja miała nas wszystkich bardzo drogo kosztować.

Veszprém i Jezioro Balaton, 20-23 lipca

Veszprém okazało się pięknym miastem, w  którym wreszcie zregenerowaliśmy nadwątlone siły fizyczne i psychiczne. Niestety, z moimi nogami było coraz gorzej. Nie byłam w  stanie pedałować nawet z górki, bo pracujące mięśnie bolały mnie potwornie przy najmniejszym nacisku. Kostki miałam spuchnięte, więc dwa dni spędziłam w  większości leżąc z nogami do góry i obkładając bolące miejsca lodem. Co prawda, chodzenie nie sprawiało mi tyle bólu, co jazda na rowerze, więc o południu udało mi się wyjść na chwilę „na miasto”.

Veszprém to jedna z moich ulubionych węgierskich miejscowości. Ładna i zadbana stolica Bakony, położona na pięciu wzgórzach w południowej części Lasu Bakońskiego (choć istnieje legenda, że podobnie jak Rzym, leży na siedmiu). Nazwa pochodzi od słowiańskiego słowa „besprim” oznaczającego „niezwyciężony”.

Dziś miasto jest ważnym ośrodkiem kulturalnym, uniwersyteckim i katolickim. Przez cały rok odbywają się tu liczne festiwale, np. w maju obchodzone są Dni Gizelli (królowej Węgier, błogosławionej), w lipcu Festiwal Muzyki Ulicznej, w sierpniu letni festiwal w Veszprém. Akurat wtedy, kiedy zawitaliśmy do tego uroczego miasteczka odbywał się Jazz Festival, na ktory chętnie poszliśmy, a także załapaliśmy się na koncert na stadionie miejskim. Degustując ekskluzywne wina z winnic znad Balatonu oraz dającą w kość palinkę (polecam porzeczkową) bujaliśmy się w  rytmy romskiej i… latynoamerykańskiej muzyki (jak widać Węgrzy lubią różnorodność!). Tzn. ja nie za bardzo się bujałam, ze względu na kontuzję, raczej siedziałam i pojękiwałam z bólu, ale zniszczyło to i tak mojego dobrego nastroju. Zostaliśmy ugoszczeni jak królewska rodzina dzięki przesympatycznym pracownikom Tourinform przy ul. Ovaros 2.

Z Veszprém nad Balaton jest 18 km, czyli prawie „nic”. Pojechaliśmy tam na drugi dzień i zatrzymaliśmy się na polu namiotowym, tuż nad samym brzegiem jeziora. Spędziliśmy tam półtora dnia, odpoczywając i zwiedzając.

Balaton to osławione największe jezioro błotne Europy, nazywane też „węgierskim morzem”, z powodu swoich rozmiarów (77 km długości, 230 km linii brzegowej). Mieści, bagatela, ok. 2 mld m3 wody. Zasila go ponad 40 rzek, główna z nich to Zala. W Siófok z jeziora wypływa rzeka Sió. Wymiana całej wody w  Balatonie trwa ok. 100 lat.

Przed wyprawą przeczytałam w  przewodniku, że kolor wód w  jeziorze zmienia się w  zależności od pogody i pory dnia. Chciałam zobaczyć to na własne oczy. Kiedy po południu zajechaliśmy do Tihany i wstąpiliśmy do opactwa benedyktyńskiego, padał deszcz. Woda Balatonu była brudnoseledynowa. Na horyzoncie widniał statek, malutka biała kropka – dzięki niej można było rozpoznać, gdzie mniej więcej kończy się horyzont, a zaczyna niebo. Gdy na chwilę wyszło słońce, a niebo zaczęło mienić się na żółto-pomarańczowo, jakby odbijając się w  barwach ziemi (zielonych drzew i ognistopomarańczowych traw), wtedy woda zmieniła się na bardziej zieloną. W  tym samym momencie ponad dachami domów ukazała się tęcza. Tihany mienił się kolorami jak baśniowa kraina.

Nazajutrz niebo się trochę przejaśniło. Pojawiły się wielkie, kłębiaste chmury, które sunęły szybko po niebieskiej kopule. Wiał mocny wiatr, ale było ciepło i… przyjemnie. Poszłam na krótki spacer brzegiem jeziora. Co prawda, miałam ograniczone pole manewru, bo brzeg był podzielony płotami między różne pola namiotowe. Na terenie naszego campingu znajdował się jednak całkiem spory kawałek „plaży”, jeśli za takową umownie uznać trawkę i błotko. Nad Balatonem było wielu wczasowiczów, głównie Austriaków, którzy szczególnie upodobali sobie węgierskie morze. Co jakiś czas mijałam pomosty, na których siedzieli zadumani rybacy, licząc, że im się poszczęści i wyłowią z wody jakąś smakowitą rybkę. Znalazłam dla siebie wolny mostek i usiadłam wygodnie na ławce, obserwując kaczki pluskające się w  wodzie.   Co jakiś czas pstrykałam im zdjęcia, aż w  końcu wyszły na pomost i z zadowoleniem pozowały do fotografii, spacerując wte i wewte.

Po południu wykąpaliśmy się w  Balatonie. Kto marzy o  darmowym SPA, polecam. Trudno w  ogóle nazwać kąpielą brodzenie po kolana w  miękkim, rozpływającym się błotku (słowo Balaton wzięło się od słowiańskiego bołoto).  Ale skóra odmłodzona i nawilżona jak nigdy!

Chcieliśmy ruszyć w  dalszą drogę, do Słowenii, ale okazało się, że nie jestem jeszcze w  stanie jechać na rowerze. Nawet po tych czterech dniach relaksu, kostki nadal miałam spuchnięte. Nie mogliśmy też zostać na miejscu i przeczekać mojej kontuzji, bo kolega miał za tydzień jakieś ważne spotkanie i za nic w  świecie nie chciał przełożyć je na inny termin. Za to z łatwością zgodził się jechać ze mną w  samochodzie do Zagrzebia, rezygnując z rowerowej wyprawy, choć nic (oprócz zakwasów) mu nie dolegało.

Tym sposobem dotarliśmy na drugi dzień do stolicy Chorwacji, gdzie mieszkaliśmy u Elvisa, chorwackiego piłkarza. Poznaliśmy się przez couchsurfing. Elvis miał nas przenocować i oprowadzić po mieście.

W gościnie u Chorwatów

Autorem „Opowieści…” jest Małgorzata Czekaj.

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE