Lis 122013
 

Wyprawę rozpoczęliśmy lekkim podjazdem do granicy polsko-słowackiej. Pierwszą rzeczą, którą pamiętam z tamtego pierwszego dnia wyprawy, była słowacka cisza. Jechaliśmy przez przez ciche, górskie lasy, nad nami wisiało pochmurne niebo.

U sąsiadów zza miedzy

Chochołów, 15 lipca

Wyprawa zaczęła się z opóźnieniem, bo znajomy, który postanowił wybrać się ze mną w podróż, nie miał przygotowanego roweru. Ja, po rozładowaniu  i założeniu sakw, byłam gotowa po jakichś piętnastu minutach. Jemu przygotowanie zajęło prawie dwie godziny. Dużo krócej szykowała się również ekipa filmowa (w składzie dwóch osób), która miała towarzyszyć nam w drodze i dokumentować rowerowe wyczyny.

Wyprawę rozpoczęliśmy lekkim podjazdem do granicy polsko-słowackiej. Pierwszą rzeczą, którą pamiętam z tamtego pierwszego dnia wyprawy, była słowacka cisza. Jechaliśmy przez przez ciche, górskie lasy, nad nami wisiało pochmurne niebo. Wybraliśmy mniej uczęszczane drogi, dlatego było bardzo mało samochodów. Jeśli już jakieś się pojawiały, to miały w większości polskie rejestracje. Na początku dziwiłam się, że jest tak płasko, bo nastawiłam się na jakieś straszne, słowackie góry.

Białe, gęste chmury sunęły po niebie, tak jak my przez pierwsze dwie godziny  sunęliśmy sobie raźno w kierunku Liptowskich Maciaszowiec. W Zuberecu, gdzie zatrzymaliśmy się uzupełnić zapasy energii ( szybki kęs batonika i łyk obrzydliwie słodkiej oranżady), zrobiło się zimno. Choć byliśmy osłonięci drzewami i górami, niekiedy zrywał się mocny wiatr, tak zimny, że trzeba było ubrać ciepłe bluzy, polar i kurtkę.

Marzyłam wtedy o tym, żeby znaleźć się jak najprędzej w cieplutkiej Chorwacji.

Zaraz za Zuberecem zaczął się długi, wijący się serpentynami podjazd. Od czasu do czasu między drzewami pojawiał się piękny widok na wieczorne góry (pomimo wczesnej pory i lata, było pochmurno i zmierzch zapadał szybciej). Panorama wynagradzała mi wysiłek wspinania się w górę. Jadąc swoim stałym tempem i sapiąc przy tym niemiłosiernie, wyjechałam na samą górę i przede mną był już tylko zjazd, prosto do wioski, w której mieliśmy nocować. Skorzystałam jednak z tego, że znajomy został w tyle i zatrzymałam się, żeby na niego poczekać.

Czekałam, czekałam… I czekałam.

Zdążyłam zjeść kanapkę, napić się ciepłej herbaty oraz porozmawiać z Czeszką, która niechcący połączyła się z moim CB-radiem. A znajomego nadal nie było.

Po jakimś czasie przestało to już być zabawne. Zaczęło się ściemniać, mgły sunęły po górach, których szczyty ginęły w białym mleku. Zrobiło się zimno. Postanowiłam zawrócić i poszukać zagubionego uczestnika wyprawy.

Okazało się, że kolega wjechał rowerem w przydrożną barierkę i opona wypadła mu z koła. Nie wiem, jakim cudem to się stało, ale nie dopytywałam się. Kiedy naprawił koło, rozleciał mu się prowizoryczny bagażnik, na którym w Chochołowie umieścił swoje sakwy. Zanim to naprawił, minęło jakieś pół godziny.

Kiedy zagubiony rowerzysta się odnalazł, rozpoczęliśmy fascynujący zjazd w kierunku Liptowskich Maciaszowiec. Było już całkiem ciemno, kiedy błąkając się po okolicznych wioskach (zajechaliśmy aż do Liptowskiej Sielnicy, tuż koło Jeziora Liptowskiego) szukaliśmy stosownego miejsca do rozbicia namiotu. W końcu, kiedy rozpadał się deszcz, zapukaliśmy do jednego z miejscowych gospodarstw agroturystycznych i tam znaleźliśmy nocleg.

Liptowskie Maciaszowce, 16 lipca

Na trasę wyjechaliśmy ok. godz. 11-stej. Postanowiłam, że po pierwszym dniu jazdy trzeba się wyspać i możemy wstać trochę później niż o świcie.

Rano zwiedziłam okolicę.

Liptowskie Maciaszowce (słow. Liptovské Matiašovce) są niewielką miejscowością położoną w Kotlinie Liptowskiej. Stojąc na głównej drodze przy końcu wsi, koło kościoła, widać rozpościerające się dumnie na horyzoncie Tatry i Góry Choczańskie. Liczba mieszkańców nie przekracza 300 osób, stąd klimat jest spokojny i swojski. Słowaków nie zdziwiło przybycie dwóch szalonych rowerzystów jadących do Chorwacji. W okolicy dużo jest gospodarstw agroturystycznych (cena za łóżko ok. 8 €). Gdy przez pomyłkę zapukaliśmy o 22-giej do jednego z gospodarstw, starszy pan z cierpliwością wytłumaczył, że noclegi to prowadzi jego sąsiadka, dosłownie furtkę dalej.

Maciaszowce znajdują się na terenie kraju Żylińskiego (słow. Žilinský kraj), będącego jedną z 8 jednostek administracyjnych. W jego czwórdzielnym herbie można znaleźć ślady historii regionu. Złoty krzyż lotaryński przyozdobiony dwiema gałązkami jest symbolem stolicy Żyliny już od XIII w.; srebrny świerk wyrastający ze skały i złota korona to z kolei herb dawnego węgierskiego komitatu Liptó (dziś Liptów); są także trzy róże (być może oznaczają zwycięstwo?) i symbol Orawy – złoty niedźwiedź nad białą falą.

Kiedy udało nam się późnym rankiem wyjechać z Maciaszowiec, pomknęliśmy w stronę Jeziora Liptowskiego. Skusiła mnie spokojna jak lustro, połyskująca tafla, nieśmiałymi zakolami wbijająca się w kamienistą plażę. Zatrzymaliśmy się tam na chwilę. Akurat było pusto, bo szła burza. Rowery wodne i łódki odstawione na brzegu wody czekały na bardziej sprzyjającą pogodę. Kolega wpadł na „genialny” pomysł jeziornej kąpieli, co skończyło się tym, że „nagle” źle się poczuł i musiał łykać przeciwgorączkowe preparaty. No cóż, wiał wiatr, oziębiło się, zaczęło padać… Nie są to wymarzone warunki do pluskania się w wodzie.

Wkurzyłam się nie na żarty, bo zrobiło się późno, a my mieliśmy jeszcze 110 km do przejazdu. Włączyłam pełny bieg, ale znajomy pod górkę nie nadążał. W końcu zdecydowaliśmy, że pojedziemy główną drogą, bo choć jest dłuższa, to jest też bardziej płaska.

Po długiej i żmudnej jeździe dotarliśmy do Rużomberka (słow. Ružomberok). Pomimo ciekawej historii (osada założona przez Słowian w XIII w.) i ładnego położenia geograficznego (między Górami Choczańskimi, Wielką Fatrą i Niżnymi Tatrami), miasto nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Zapamiętałam je raczej jako brzydkie i przemysłowe, z szarymi i głośnymi ulicami.

W Rużomberku mieliśmy przymusowy postój. Zaczęło się od tego, że spadł mi łańcuch, zatrzymałam się więc i go założyłam. Znajomy też się zatrzymał, a przy okazji rozleciała mu się kierownica. Naprawiał ją długo, z czego większość czasu poświęcił na szukanie odpowiednich narzędzi w sakwach (znalazł je dopiero, gdy zawartość całego bagażu wylądowała na chodniku). Potem zepsuły mu się przerzutki.

Moja cierpliwość wołała o ratunek.

Na pomoc przyszły ciepła herbatka z termosu i kruche ciasteczka z cukrem.

Po tych „przygodach” poszliśmy do Tesco kupić piwo.

Na lepszy czas.

Lepszy czas miał jednak nadejść dużo, dużo później. Na razie ruchliwą drogą ruszyliśmy do Liptowskiej Osady. Tam szukaliśmy miejsca, gdzie można byłoby coś dobrego zjeść, ale nic ciekawego, oprócz pizzerii, nie znaleźliśmy. Udaliśmy się więc do Liptowskich Revuc, ale już mniej uczęszczaną, malowniczą dróżką wśród lasów. Po długich dyskusjach w centrum cichej wsi trafiliśmy do jedynego baru Bistro u Mateja. Rozsiadaliśmy się wygodnie pod parasolami (robiąc zamieszanie wśród miejscowej młodzieży), gdy rozpętała się wichura i wokół zaczęły trzaskać pioruny. Uciekliśmy do środka, robiąc jeszcze większe zamieszanie wśród tubylców. Na szczęście pani zza barowej lady wykazała dużo cierpliwości i z uśmiechem zbierała nasze zamówienia. Wyprażony syr smakował znakomicie, gdy za oknem szalała burza.

I dzięki Bogu za wodoodporne sakwy!

Z Liptowskich Revuc wyjechaliśmy, gdy nawałnica się skończyła, ale jeszcze siąpał deszcz. Uzbrojona w przeciwdeszczową kurtkę jechałam dziarsko, pełna optymistycznych myśli.

Ucieszyliśmy się, gdy okazało się, że do Motiček zostało nam tylko 10 km. Stamtąd mieliśmy już prosto pomknąć do Bańskiej Bystrzycy, ok. 20 km prostą drogą w dół. Liczyliśmy, że zajmie nam to ok. 2 godzin.

Okazało się, że te 10 km wiedzie szutrową drogą przez góry. Warunki były piękne – skąpany w deszczu, wieczorny las, świeże powietrze i górska cisza. Cóż z tego, kiedy najpierw trzeba było wyjechać 5 km pod górę… Podbudowana myślami o ciepłym prysznicu i wygodnym łóżku w hostelu za 30 km, sunęłam w górę, próbując nie zagrzebać się kołami w głębokim, mokrym żwirze.

Zaczęło się ściemniać, a tu nigdzie ani latarni, ani śladu „cywilizacji”. Była propozycja, żeby koło 20-stej robić namiot na leśnej polance, ale szanowny kolega zaparł się rękami, nogami i nosem, że spać w lesie nie będzie i już.

No więc, jechaliśmy.

Na górę dotarliśmy, kiedy było już całkiem ciemno. Stamtąd mieliśmy jeszcze 4,5 km w dół.

Zakręty były ostre, więc jechałam wolniej, starając się unikać upadków (dwa razy mi się nie udało).

Teraz wspominam tamtą samotną (drugi uczestnik wyprawy pomknął z górki ani się na mnie nie oglądając), nocną jazdę po lesie z pewnym przyjemnym dreszczykiem, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Raczej odżywały wszystkie najgorsze kadry z horrorów i thrillerów, a doszło nawet do tego, że przestraszyłam się swojego wielkiego cienia na pniach drzew (z 15 razy większego niż normalnie). Żeby nie wpadać w paranoję, po prostu jechałam, patrząc tylko przed siebie, a raczej przed swoje przednie koło. Las ogarnęła totalna ciemność, w którym tylko ja byłam świecącym punkcikiem.

Ciszę nocnego lasu przerwał odgłos silników i ogromnych (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) świateł dwóch jeepów z impetem nadjeżdżających z naprzeciwka. Ciekawe, jakie mieli miny, gdy w ciemnościach zobaczyli mnie na dróżce, na której nie spodziewali się o tej porze nikogo spotkać.

Na miejsce dotarliśmy o 23-ciej. Hostel, w którym mieliśmy spać, stał sobie zamknięty na cztery spusty.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…

Co to będzie?

A no, trafiliśmy w końcu do trzygwiazdkowego hotelu przy rynku głównym w Bańskiej Bystrzycy. Jak się później okazało, był to najdroższy hotel w mieście. Na szczęście, kiedy pani recepcjonistka zobaczyła, jak wyglądamy, policzyła nam „specjalną” cenę za pokój. Wreszcie mogliśmy się wykąpać i w oparach kłótni (bo każdy miał drugiego dość) poszliśmy spać.

Bańska Bystrzyca, 17 lipca

Nauczeni wczorajszym doświadczeniem, tego dnia wstaliśmy skoro świt (co po 4 godzinach snu nie było łatwe) i wyruszyliśmy z centrum Bańskiej Bystrzycy w  kierunku Zwolenia (słow. Zvolen). Choć droga wydawała się nieskomplikowana, zgubiliśmy się na skrzyżowaniu, na którym mieliśmy skręcić do miejscowości Budča. Kiedy po raz kolejny zabłąkaliśmy się w  jakąś rogatkę, z pomocą przyszli sympatyczni Słowacy, którzy bardzo się starali, ale koniec końców, nie bardzo pomogli. Udało nam się jednak znaleźć właściwy kierunek.

Zmierzając w  stronę Bańskiej Szczawnicy (słow. Banská Štiavnica) przejechaliśmy przez wieś Budča, z której zapamiętałam kościół rzymskokatolicki z XIV wieku. Świątynię wybudowano co prawda w  1239 r., na życzenie królowej Beatrycze, wdowie po królu węgierskim Andrzeju II, ale z tamtych czasów zachowała się tylko część przed ołtarzem, do której później dobudowano resztę budynku. Pierwotnie była to budowla w  stylu gotyckim.

Od 1530 do 1709 roku, czyli przez 179 lat, kościół należał do ewangelików. Z tego, co się dowiedziałam, odprawiano tam również msze katolickie (podobno taka Eucharystia odbyła się w  1663 r.). W  1926 roku odremontowano kościół (już rzymskokatolicki) w  stylu neogotyckim. W  ołtarzu znajduje się obraz św. Michała Archanioła. Historia wsi zainteresowała mnie jednak z innego powodu.

Pierwsza wzmianka o  miejscowości pochodzi z 1254 r. Wioska była wtedy niewielka, ale miała swoją społeczność. Przetrwała najazdy Turków w  XVI i XVII w. (była kilkakrotnie spalona) i powstania węgierskie (rebelia Rakoczego). Mieszkańcy musieli uciekać w  góry, ale ostatecznie wioska powróciła na swoje pierwotne miejsce. Była przystankiem na trasie Bańska Bystrzyca – Bańska Szczawnica. Dziś trochę zapomniana, ma swój urok. Samochody omijają ją dzięki autostradzie, ale na rowerze można spokojnie ją odwiedzić.

Ten dzień był bardzo zwyczajny. Minęła mi euforia, że „jadę”. Przyszedł etap „normalności”. Choć może głupio to zabrzmi, ale już w  trzecim dniu traktowałam jazdę na rowerze jako coś… zupełnie zwyczajnego! Ot, wsiadam i jadę do następnej miejscowości. Co w  tym takiego dziwnego? Dlatego byłam trochę znużona, jeśli ktoś z napotkanych ludzi wypytywał o  szczegóły mojej wyprawy. Nie chciało mi się już słuchać tych: „Ale jak to? Na rowerze?! Do Chorwacji?! Po co?”. Dlatego też jechaliśmy tego dnia prosto, przed siebie, rzadko się zatrzymując i rzadko nawet rozmawiając między sobą.

Droga do Bańskiej Szczawnicy ciągnęła się ok. 20 km po spokojnej okolicy (las, pola wieś, pola, wieś, las, i tak w  koło Macieju). Jechaliśmy jednak ten odcinek długo, bo cały czas było lekko pod górę (można to było poczuć dopiero siedząc na siodełku, bo na pierwszy rzut oka droga wyglądała na niewinnie płaską).

Jeśli chodzi o  zmęczenie, właściwie nie było jakieś ekstremalne. Przejechane wczorajszego dnia 110 kilometrów nie dawało się we znaki. Od czasu do czasu przyjemnie było zsiąść z siodełka i trochę się porozciągać, ale potem równie przyjemnie było wsiąść tam z powrotem i znów jechać.

Kilka kilometrów przed Bańską Szczawnicą zajechaliśmy do miejscowości Bańska Bela (słow. Banská Belá). Pogoda się akurat popsuła. Kropił deszcz. Nie przeszkadzało nam to jednak, podobnie jak grupie kilkorga dzieciaków, które ze śmiechem wołały do nas: „Dzień dobry! Dzień dobry!”. W  tej samej miejscowości spotkaliśmy także niemieckie małżeństwo, z którymi zamieniliśmy parę zdań. Pomimo całego ponurego, obojętnego na wszystko nastroju, który miałam tamtego dnia, szczerze zdziwiła mnie para Niemców w  centralnej Słowacji.

Okazało się, że „Herrschaften” przyjechali na wesele do znajomych. Skąd mieli na Słowacji znajomych i kto to był, dlaczego mieszkali w wiejskim domu jak u siebie – tego już nam nie powiedzieli, a i my specjalnie w  to nie wnikaliśmy. Niemiecka para również taktownie nie wypytywała o naszą wyprawę. Przedstawiając się wymieniliśmy jedynie parę niezbędnych informacji i na tym poprzestaliśmy. Dalsza rozmowa dotyczyła walorów najbliższej okolicy. Żona gospodarza robiła pranie, uprzejmie się do nas uśmiechając.

Spostrzegłam, że właściwie przestał mnie już bawić sztuczny zachwyt nad wyprawą. Od szczerego podziwu różnił się on tym, że spotkana osoba bombardowała mnie wszelkimi pytaniami, w  bliżej niesprecyzowanym celu. Bo na pewno nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć. Jak inaczej wytłumaczyć przerywanie w  pół zdania i zadawanie następnego wścibskiego pytania? Dialogi „sztucznego zachwytu” przypominają raczej przesłuchanie. Takich „zachwyconych” można spotkać wszędzie, zarówno podczas podróży, jak i przed nią (wśród znajomych też – niestety). Postanowiłam takich ludzi unikać.

Można powiedzieć, że czułam nawet coś w  rodzaju wdzięczności, gdy nowo poznani państwo przeszli nad naszą podróżą do porządku dziennego. Okazało się, że oni również mają za sobą niemałe doświadczenie podróżnicze. Posłużyli nam jedynie dobrą radą i zaprowadzili do Bańskiej Szczawnicy, miasteczka o  klimatycznej starówce, wpisanego na listę UNESCO. Potem wskazali drogę do jeziora Počúvadlo, polecając je jako dobre miejsce na nocleg.

Dobrze zrobiliśmy, że ich posłuchaliśmy.

Ten wieczór nad jeziorem wspominam najmilej z całej wyprawy. Gdy zajechaliśmy na miejsce, słońce odbijało się w  tafli jeziora, zapraszając nas, żebyśmy się przy nim zatrzymali.

Rozbiliśmy namiot tuż nad brzegiem. Wzdłuż jeziora prowadziła wąska ścieżka, przy której postawiono ławki, żeby można było gdzieś przycupnąć i napawać się widokiem  zachodzącego słońca.

Każdy znalazł sobie coś do roboty. Z przyjemnością otworzyłam sobie słowackie piwo i odpoczywałam po trzech dniach rowerowego wysiłku.  Kiedy promienie słońca rzuciły na nas ostatnie „spojrzenie” zza drzew, niespodziewanie nadeszła burza. Namiot okazał się miłym i przytulnym schronieniem. Niestety, mój rower, z powodu swoich gabarytów, musiał zmoknąć.

Długo siedzieliśmy tego wieczora, dzieląc się wrażeniami z podróży. Czułam chłód wody od jeziora, piłam gorącą herbatę i myślałam sobie, że fajnie jest być na wyprawie.

Jezioro Počúvadlianske, 18 lipca

Noc w  namiocie minęła spokojnie, choć nad ranem zrobiło się zimno (było ok. 12˚C). Urządziliśmy sobie wykwintne śniadanie  na karimacie, po czym postanowiliśmy wykąpać się w  jeziorze (temperatura podniosła się zaledwie o jeden stopień). Lodowata woda orzeźwiła nas nieco, a w  nagrodę za naszą odwagę niedługo potem wyszło słońce i zrobiło się trochę cieplej. Mogliśmy ruszać w  dalszą trasę.

Wyjechałam pierwsza. Przemierzając samotnie wijącą się serpentynami drogę w  stronę Jabloňovic, odkryłam nową radość podróżowania na rowerze. Być może nie była to dzika pustynia czy bezludna wyspa, ale wokół było niesamowicie pięknie, pusto i spokojnie. W  Bad’an zatrzymałam się na chwilę w  „centrum” wioski, żeby spojrzeć na mapę. Właściwie czułam się bardzo swobodnie i bezpiecznie, pomimo, że byłam sama, daleko od domu, wśród obcych ludzi.

Z Jabloňovic pojechaliśmy w  kierunku Levic, przez Žemberovce i Brhlovce, a tuż przed wjazdem do miasta odbiliśmy w  lewo do Malego Kiara przez Mýtne Ludany i Starý Hradok.

Krajobraz już dawno się zmienił i w  niczym nie przypominał Słowacji, jaką do tej pory poznaliśmy. Było płasko i rolniczo. Dookoła wielkie, żółte łany zbóż. Na początku było ładnie, po jakimś czasie się znudziło. Pomimo, że nie przejechaliśmy dużego dystansu, byłam dziś zmęczona i każdy kilometr był coraz bardziej odczuwalny. Główną drogą jechaliśmy do Kolty, a tam skręciliśmy w  podrzędną do Jasovej. Rano mieliśmy ambitny zamiar dojechać do Komárno, ale ok. 18, wiedzieliśmy, że to nie będzie możliwe. Niedaleko Jasovej na mapie znaleźliśmy zbiornik wodny i będąc przekonanymi, że jest to kolejne malownicze jeziorko na naszej drodze, postanowiliśmy, że się przy nim rozbijemy, jak wczoraj.

Dzięki Bogu spotkaliśmy na naszej drodze dwie sympatyczne Słowaczki, które stanowczo odradzały nam nocleg nad pobliską wodą, bo „jazero” okazało się zbiornikiem odpadowym, nad którym skupiały się najróżniejsze owady, w tym nieznośne, bardzo liczne komary. Głodni, zaczęliśmy robić kolację przy drodze, licząc, że jakoś to będzie.

Jedna z napotkanych Słowaczek obiecała, że przenocuje nas w swoim ogródku. W taki sposób trafiliśmy do naszych pierwszych gospodarzy na  szlaku. Dana i Józef przyjęli nas z otwartymi ramionami. Przygotowali kolację z prawdziwego zdarzenia (jajecznica z cebulką), przynieśli śliwowicę i piwo dla każdego. Jedliśmy, piliśmy i gadaliśmy o  wszystkim i niczym, posługując się zadziwiająco sprawnie polsko-słowackimi wyrazowymi hybrydami. Ani się spostrzegliśmy, kiedy zrobiło się ciemno i zimno. Z ulgą rzuciłam się do ciepłego śpiwora i zapadłam w  pokrzepiający sen.

Na madziarskiej ziemi

Autorem „Opowieści…” jest Małgorzata Czekaj

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE