Lip 222013
 
Anita Demianowicz

O wolności i szczęściu, o marzeniach i skąd one się biorą oraz jacy są ludzie z „drugiego” końca świata rozmawiamy z podróżniczką, dziennikarką i blogerką ANITĄ DEMIANOWICZ.

Rozstałaś się z korporacją żeby pojechać w świat. Jaka była pierwsza myśl, kiedy obudziłaś się następnego dnia i nie musiałaś iść do pracy?

Poczułam się bardzo szczęśliwa! Trochę przestraszona, bo w końcu miała to być moja pierwsza długa wyprawa, w którą wybierałam się zupełnie sama i to tak daleko.

Naprawdę podróżowałaś samotnie? Jak długo to trwało?

Cztery i pół miesiąca. Tak, potrzebowałam tej samotnej wyprawy. Planowałam ją już dużo, dużo wcześniej. Pracując w korporacji, jak każdy jeździłam na wakacje, dwu- lub trzytygodniowe, ale zawsze to było dla mnie za krótko. Nigdy nie podróżowałam sama, zawsze z kimś, najczęściej z mężem. Zwykle, gdy trzeba było coś załatwić, wysyłałam go, żeby on mówił, pytał, bo ja się wstydziłam. Co prawda, uczyłam się języka angielskiego, ale czułam strach przed mówieniem w obcym języku. A kiedy wyruszyłam sama, musiałam też sama wszystko załatwiać.

No dobrze, ale zacznijmy od początku. Rozstałaś się z firmą, spakowałaś plecak i ruszyłaś do Ameryki Łacińskiej, konkretnie do Gwatemali…

Tak, bo stwierdziłam, że zanim zacznę zwiedzać i poznawać tamte kraje, muszę nauczyć się języka. Przez osiem tygodni uczyłam się hiszpańskiego, w różnych szkołach i w różnych odstępach czasu. Mieszkałam wtedy u rodzin gwatemalskich. Goszczenie przyjezdnych to dla nich często jedyne źródło utrzymania. Zwykle goszczą kilku studentów. Dzień schodzi im więc na prowadzeniu stancji. Panie domu przygotowują posiłki, bo studenci jedzą z rodzinami śniadania, obiady i kolacje. U takich rodzin spędziłam Święta Bożego Narodzenia i Święta Wielkanocne.

Targ w Gwatemali Byłaś z tymi ludźmi na co dzień. Jacy oni są?

W ich zwyczajach nie ma nic niezwykłego, oni żyją tak jak my. Są to kraje biedne, mieszkańcy mają skromne domy i być może nie przywiązują wagi do ich wyglądu wewnętrznego i zewnętrznego, tak jak my w Polsce.

Uczyłaś się języka, kultury i ludzi mieszkających właściwie na drugim końcu świata. Miałaś kurs „wszystko w jednym”. Da się opowiedzieć, czego się nauczyłaś podczas tego okresu?

Tak, nauczyłam się przede wszystkim cierpliwości! Tego ich „mañana”. Zwłaszcza, jeśli chodzi o przemieszczanie się. Trzymałam się raczej z dala od innych backpackersów, bo większość z nich to byli Amerykanie ze Stanów i Kanadyjczycy, którzy tworzyli własne środowisko, które rozmawiało w języku angielskim, a ja wolałam wyjść na ulicę i porozmawiać ze spotkanymi tam ludźmi po hiszpańsku. Po to w końcu tam pojechałam. Dużo z nimi przebywałam, potem pisałam o tym krótkie reportaże na blogu. Najwięcej jednak dowiedziałam się o sobie. Tak naprawdę najpełniej możemy się poznać podczas podróży. Samotnej podróży.

Czego się więc o sobie dowiedziałaś?

Teraz musiałam sama zadbać o wszystko. Transport, wizy, nocleg, następny cel. Wcześniej myślałam, że sobie nie poradzę, że nic nie zrobię. Okazało się, że ze wszystkim dałam sobie świetnie radę. Teraz, po wyprawie, kiedy mam jakiś problem, przychodzi mi na myśl: poradziłam sobie w Ameryce, to z tym sobie nie poradzę? Przede mną nie ma rzeczy niemożliwych.

Byłaś w Gwatemali, odwiedziłaś Honduras i Salwador, zahaczyłaś o kawałek Meksyku. Który z krajów najbardziej ci się spodobał?

Widok z wulkanu Santa Maria w Gwatemali Zakochałam się w Gwatemali! Być może dlatego, że spędziłam w niej najwięcej czasu, a być może dlatego, że jest tam jeszcze dużo folkloru. Kobiety chodzą w tradycyjnych strojach, choć, niestety, to już zanika, napływ kultury z zachodu jest coraz silniejszy. Stroje tradycyjne zaczynają być wypierane przez dżinsy i tshirt, głównie ze względu na cenę. Tradycyjny ubiór jest bardzo kosztowny. W Gwatemali czułam się bezpiecznie. Gdyby jednak dłużej się zastanowić, trudno powiedzieć, co mi się najbardziej spodobało. W Salwadorze urzekli mnie życzliwi ludzie. Salwador i Honduras – to też przepiękna przyroda. Podczas wyprawy ujrzałam dwa najpiękniejsze widoki w moim życiu. Numer jeden to widok z wulkanu Santa Marija w Gwatemali, drugi to w Salwadorze z Santa Ana. Za to Meksyk jest bardziej europejski. Nie udało mi się go zwiedzić, tak jak planowałam, mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę, podobnie zresztą jak do Gwatemali i innych krajów.

No właśnie, mówisz o sobie, że lubisz naturę. O czym myślisz, gdy patrzysz, na drzewa, wulkany, góry, jeziora?

O tym, że jestem niesamowicie szczęśliwa! Cieszę się, że mogę patrzeć na to wszystko, delektować się pięknem przyrody, po prostu być tam.

Co Cię najbardziej zaskoczyło w Ameryce Środkowej?

Ludzie. Kraje są bardzo biedne, ale ludzie pomocni i życzliwi. Bez nich naprawdę chyba bym zginęła! Jadąc tam, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wszyscy – rodzina i znajomi – przed wyprawą pukali się w głowę i mówili: dokąd ty jedziesz i to sama! Dużo czytałam w Internecie i wszędzie pisali, że rzeczywiście – w Ameryce Łacińskiej jest niebezpiecznie. No niestety, w naszej podświadomości istnieją pewne stereotypy. Nigdy nie wiem, kto do mnie podejdzie, kim on jest i jakie ma zamiary. Większość osób miała jednak tylko dobre.

Utrzymujesz kontakt z ludźmi poznanymi podczas wyprawy?

Z niektórymi tak, choć piszemy do siebie raczej sporadycznie. Zapraszam ich do Polski i zwykle słyszę: ale przecież tam jest tak zimno!

Kiedy narodził się pomysł, żeby podczas wyprawy pisać bloga?

Zawsze coś pisałam, nawet próbowałam prowadzić parę blogów, ale nieskutecznie, bo nigdy nie miałam czasu. Kiedy zdecydowałam, że jadę w podróż, od razu wiedziałam, że będę pisać. Specjalnie na wyprawę kupiłam netbooka, zabrałam też ze sobą sprzęt fotograficzny. Martwiłam się tylko, jak to będzie z dostępem do Internetu i że nie będę miała czasu pisać, ale okazało się, że pisałam nawet za dużo, jak mówili mi potem moi znajomi.

To chyba dobrze, że miałaś co opowiadać!

No wiesz, tak, ale oni nie mieli czasu czytać. (śmiech)

Jak zareagował Twój mąż, kiedy postanowiłaś wybrać się na samotną wyprawę?

Cały czas był przy mnie, trzymał moją stronę i mnie wspierał. To on namawiał mnie do rzucenia pracy. Wiedział, jak się męczę w korporacji. W styczniu 2011 kazał mi ustalić datę złożenia wypowiedzenia – 1 listopada. Ulżyło mi, gdy w końcu ją sprecyzowałam. Byłam zatrudniona jeszcze do stycznia 2012, a potem w związku z różnymi zmianami, które zachodziły w firmie i na mocy porozumienia stron, rozstaliśmy się.

Gratuluję wspaniałego męża! A jak podróżujecie razem, to jak się dogadujecie?

Lubimy mniej więcej to samo, oczekujemy podobnych rzeczy. Spędzamy czas aktywnie i to nam obojgu odpowiada. Leżenie na plaży nie jest w naszym stylu. Czasami pakujemy sakwy i jedziemy gdzieś rowerami na dwa, trzy tygodnie i to chyba nasz ulubiony, wspólny rodzaj wakacji.

Tak najzwyczajniej w świecie, wsiadacie i jedziecie sobie na rowerach?

No, kiedy pierwszy raz rzuciłam hasło, żeby jechać na rowerze na Litwę, to nie był zachwycony. Właściwie to był przerażony tym wyjazdem. Ale okazało się, że przejechanie średnio 80-100 km w ciągu dnia nie jest trudne. Po prostu, jak się wsiądzie, to się jedzie.

Co się zmieniło w Waszych wspólnych wyjazdach po Twojej samotnej „ekspedycji”?

Teraz bardziej się angażuję w organizację podróży. Już nie jest tak, że wysyłam wszędzie męża, nie podchodzę do tego w stylu „ty się o to martw”, tylko więcej robię sama. Mamy taki stały termin, druga połowa sierpnia, kiedy przypada rocznica naszego ślubu, wtedy zawsze gdzieś jedziemy.

Jesteś szczęśliwa?

Kiedyś to pytanie byłoby dla mnie bardzo trudne. Odkąd zaczęłam spełniać marzenia, robić to, co kocham – tak, jestem szczęśliwa. Odnalazłam swoją drogę.

Tukan Jak myślisz, skąd się biorą Twoje marzenia?

Nie wiem. Może mam to we krwi? Mój dziadek był kapitanem na statku, zwiedził cały świat. Lubiłam oglądać zdjęcia i słuchać jego opowieści. Dopóki nie realizowałam swoich pragnień, czułam, że coś jest nie w porządku.

Taki cichy głos w sercu?

Ja mówię, że to zew natury. Bardzo silne uczucie. Coś w środku się we mnie działo i nie pozwalało, żebym zrobiła inaczej. Oglądałam kiedyś film „Into the wild”, o chłopaku, który postanowił się uwolnić od wszystkiego. Ja czułam się podobnie. Nie miałam pełnej wolności. A w podróży nie jestem przywiązana do jednego miejsca, nie mam obowiązków, żadnych terminów, nic mnie nie goni. W domu teoretycznie jestem wolna, ale tych obowiązków jest więcej, muszę dbać o przyziemne rzeczy, zapłacić rachunki, a to ogranicza.

Skąd wróciłaś i dokąd zamierzasz się wybrać?

Byliśmy ostatnio na Maderze i na Azorach. Dwie niesamowite, portugalskie wyspy. Madera – nie nastawiałam się na nic konkretnego, ale to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. W drugiej połowie września jadę razem z koleżanką autostopem do Barcelony na Święto Miasta La Mercè. Mam plany pojechać też do Włoch, ale nie wiem, jak to będzie. W sierpniu czeka mnie operacja kolana. Mimo to, chyba jednak nie usiedzę w jednym miejscu.

Dobrze, że podczas naszej rozmowy dajesz radę! Co Cię pcha do tylu nowych miejsc?

Nie wiem! Lubię być w podróży. Fajnie jest dotrzeć do miejsca, ale bycie w podróży to chyba to, czego mi brakuje.

Rozmawiała Małgorzata Czekaj

Zdjęcia: Anita Demianowicz

Anita na tle laguny wulkanu Santa Ana w Salwadorze Anita Demianowicz – 32 lata, studiowała m.in. filologię polską, logopedię, higienę i emisję głosu. Długo szukała własnej drogi, przez 5 lat pracowała jako przedstawiciel medyczny w firmie farmaceutycznej, ale cały czas czuła, że to nie To. Od 2012 roku wydaje się, że jest na dobrej drodze, aby odszukać samą siebie i swoje miejsce na świecie. Pracuje jako dziennikarz – freelancer. Współpracuje z Wirtualną Polską, pisze reportaże podróżnicze. W sierpniowym „Poznaj-Świat” ukaże się jej reportaż o Salwadorze. Prowadzi bloga o podróżach „Podążam swoją drogą” na http://anitademianowicz.blogspot.com/ i http://www.banita.travel.pl/

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE