Lis 142013
 
Rafał Król

O przeszkodach w ekspedycji, wyprawach polarnych oraz pasji poznawania nieodkrytego opowiada nam RAFAŁ KRÓL. W tym roku dokonał pierwszego zimowego przejścia płaskowyżem Hardangervidda w Norwegii.

 Przetrwać w trudnych warunkach

Początek wyprawy i już przeszkody – gorączka i ból gardła. Podczas ekspedycji traciłeś głos. Były momenty wahania?

Tak naprawdę, to już w Polsce byłem przeziębiony. Niestety, tak to jest, że ekspedycje planuje się z wyprzedzeniem od pół roku, do nawet roku. Nie sposób przewidzieć, co nam się wtedy przydarzy. Z wielu powodów wyprawy nie można odwołać, ani przełożyć. Nie można czekać, aż skończy się kalendarzowa zima (22 marca), bo cel sportowy szlag trafi. Oczywiście, momenty wahania były. Naprawdę, bardzo kiepsko się funkcjonuje, gdy człowiek ma gorączkę i jest osłabiony, a czeka go cały dzień wytężonego wysiłku i noc w namiocie. Zastanawiałem się, czy dam radę, czy następnego dnia nie padnę.

Ekspedycja trwała siedem dni, problemów do rozwiązania każdego dnia było zapewne więcej.

Problemów było kilka. Po pierwsze, nie mogliśmy iść zaplanowaną trasą, którą wytyczyliśmy po zamarzniętych jeziorach. Okazało się, że Norwedzy potrzebują strasznie dużo prądu i spuszczają z jezior tyle wody do elektrowni wodnych, że tafla opada niekiedy o kilkanaście metrów. Oczywiście, byłoby bardzo kiepsko, gdybyśmy byli na środku kilkukilometrowej długości jeziora, z którego nagle spuszcza się wodę i cała pokrywa lodowa kruszy się momentalnie jak tafla szkła. Po drugie, ja czułem się tak kiepsko, że straciłem w ogóle głos i musiałem z Damianem porozumiewać się na migi. Najgorsze jednak było to, że na takiej wyprawie trzeba jeść, żeby mieć siłę. Bolało mnie gardło i z trudem cokolwiek przełykałem. Pewnego dnia temperatura spadła w przeciągu zaledwie kilku godzin o ponad 20 C. Wszystko zaczęło trzeszczeć i „pracować”. Damianowi odkleiły się podeszwy od butów (a to duży problem, bo nie można ich było przypiąć do nart), a wieczorem w namiocie mieliśmy pożar, bo z kuchenki zaczęła wyciekać benzyna, która się zapaliła. To też od zimna – skurczyły się uszczelki… Mieliśmy wtedy koszmarną noc, podczas której spaliśmy w śpiworach we wszystkich ubraniach, żeby tylko się nie poodmrażać. Następnego dnia był najzimniejszy dzień. Damian miał duże problemy rano, żeby się rozgrzać i o mało co nie odmroził sobie rąk.

Na płaskowyżu Hardangervidda trenowali wybitni polarnicy, jak np. Roald Amundsen przed ekspedycją na Biegun Południowy. Czy masz takiego „swojego” polarnika, na którym się wzorujesz?

No właśnie Amundsen. Podobno miał trudny charakter i był apodyktycznym człowiekiem, jak to się dzisiaj mówi, samcem alfa. Ale jego przedsięwzięcia były perfekcyjnie przygotowane i zaplanowane. Amundsen nie tylko potrafił zaplanować ekspedycję, ale także potrafił skonstruować sprzęt, jaki będzie mu potrzebny do realizacji celu. Potem testował go na Hardangerviddzie. Uważam, że naszym gigantem jest Henryk Arctowski i można by o nim nakręcić film sensacyjny z hollywodzkim rozmachem.

Kiedy i jak zaczęła się Twoja przygoda z polarnictwem?

Zanim pojechałem na Spistsbergen w 2001 r., lubiłem zimowe wyprawy w góry. Tatry były dobre do wspinaczki, ale to Karkonosze okazały się górami z najsurowszym, wręcz subpolarnym klimatem. Wrażenia z zimowych Karkonoszy zrobiły na mnie takie wrażenie, że zacząłem planować trudniejsze przedsięwzięcia w pełni zimy. To były wczesne lata 90-te…

Czego nauczyłeś się od czasu wyprawy na Spitsbergen?

Bardzo wielu rzeczy. Wypracowałem cały system procedur bezpieczeństwa podczas ekspedycji, stworzyłem usystematyzowaną apteczkę z oryginalnymi recepturami, ulepszyłem sporo sprzętu używanego podczas ekstremalnych temperatur. No i korzystam z najnowszych technologii. W ogóle planowanie ekspedycji pozwala gromadzić wiedzę o żywieniu, fizjologii organizmu, meteorologii, glacjologii, technologiach materiałowych, medycynie i wielu innych rzeczach. Nauczyłem się też, że wyprawy polarne są zupełnie inne niż wysokogórskie. Są trudniejsze, ale też bardziej sprawiedliwe. Na wyprawie polarnej wszyscy dochodzimy do celu, albo wszyscy podlegamy porażce. W górach na szczycie staje kilka osób, mimo ogromnej pracy zespołu ambicje pozostałych uczestników pozostają niespełnione.

  Rafał Król Mierzyć siły na zamiary

 Docierasz do celu, wreszcie można odpocząć, jest ciepło… O czym myślisz w takich momentach?

Właśnie o tym że już nie muszę, że wszystko mogę. O tym, że kiedy jesteśmy w mieście, to nie cieszymy się tym wszystkim, co daje nam cywilizacja (ciepło, możliwość kąpieli, dostatek żywności, możliwość spotkania bliskich, brak konieczności walki o życie każdego dnia). Osiągniecie celu daje wewnętrzny spokój i satysfakcję. Taki medytacyjny wręcz spokój.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że każdą wyprawę poprzedza długie przygotowanie, w tym studia na temat miejsca, do którego jedziesz. Co, według Ciebie, jest konieczne, jeśli chodzi o przygotowanie dobrej ekspedycji polarnej?

Przede wszystkim, trzy elementy. Dobry sprzęt, który nas nie zawiedzie, nasze dobre przygotowanie kondycyjne oraz zgromadzenie wiedzy pozwalającej bezpiecznie zrealizować cel. I coś, co wynika z poprzednich – mierzyć siły na zamiary, czyli stawiać sobie cele w granicach naszych możliwości fizycznych. Kiepski sprzęt może kosztować nas życie, a nieprzygotowanie fizyczne i merytoryczne może spowodować fiasko ekspedycji i wyrzucenie sporej ilości funduszy w błoto.

Jaki sprzęt (narty, sanie) jest najlepszy na początkowe ekspedycje polarne?

Jak najtańsze. Zwykłe narty śladowe, mogą być zabytkowe, po dziadkach czy rodzicach. I sanki z marketu. Przecież chodzi o to, że łatwiej jest ciągnąć za sobą dwadzieścia kilogramów niż dźwigać je na plecach. Jeżeli będziemy mieli z tego frajdę – możemy inwestować w sprzęt. Jeżeli nie bawi nas to – trzeba zająć się czymś innym.

Mówisz, że w czasie noclegu zabezpieczasz namiot, masz nawet karabin (na Verlegenhuken w 2012 r.) przed dzikimi zwierzętami. Ale co byś zrobił, gdybyś stanął oko w oko z niedźwiedziem?

Tak się składa, że ja co roku organizuję obóz wędrowny w Bieszczadach. Za każdym razem włócząc się po ostępach trafiam się gawrę i niedźwiedzie. I staję z nimi oko w oko. W takim spotkaniu zalecam spokój. Zawsze spokój jest najważniejszy. Żadnych gwałtownych ruchów, a już w żadnym razie panicznej ucieczki. Niedźwiedzie biegają dużo szybciej niż ludzie. Samotny samiec pozwoli nam się wycofać, w fatalnej sytuacji jesteśmy, gdy trafimy na samicę z młodym, wtedy atak jest pewny. Należy porzucić plecak i próbować uciec. W sporej części wypadków niedźwiedź zadowoli się jedzeniem w plecaku.

Co jest istotne na samotnych wyprawach ekspedycyjnych, żeby samemu ze sobą wytrzymać?

Nie mam recepty. Bardzo mało kto nadaje się psychicznie na samotne wyprawy. Myślę, że około 5% ludzi, czyli co dwudziesty człowiek. Myślę, że jeżeli ktoś ma poukładane w głowie nie zwariuje. Choć słyszałem o przypadkach, w których samotni podróżnicy wmówili sobie, że prześladują ich wilki czy wampiry i znajdowano ich szalonych, osiwiałych. Kiedy jesteśmy sami to… Zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Rafał Król A jak umożliwić innym uczestnikom wyprawy, żeby wytrzymali z nami?

To bardzo ważne pytanie. Już po kilku dniach razem zaczynamy się nawzajem denerwować. Na dodatek, po dłuższym czasie bez możliwości kąpieli, śmierdzimy niczym bezdomni. Na wielkim mrozie tego tak bardzo nie czuć, ale w namiocie, gdy robi się ciepło, to może być problem. Myślę, że receptą jest podróżowanie w gronie ludzi których lubimy, szanujemy i długo znamy. To z jednej strony gwarantuje dobre relacje, a z drugiej strony nie wstydzimy się tak bardzo siebie nawzajem i swojej fizjologii. Pamiętam, jak w górach Karakorum mieliśmy obóz na lodowcu pełnym szczelin. Poza miejscem, w którym stały namioty, było bardzo niebezpiecznie. Nagle jeden kolega wybiegł z namiotu, widać było, że dostał rozwolnienia i musi się załatwić zaraz. Ale nie mógł biec gdzieś daleko… zatem proszę sobie wyobrazić jak wypada z namiotu, dwa metry dalej kuca i w pośpiechu ściąga kalesony. A reszta, kilku chłopa, na to wszystko patrzy. I nagle ktoś z widzów mówi: „ A teraz się przedstaw”. Ważne jest, żeby nauczyć się nie zakłócać czyjejś intymności. Potrafić uszanować czyjeś potrzeby, nie hałasować, nie narzucać się. To bardzo ważne. Zresztą mam takie osobiste spostrzeżenie, że dawne ekspedycje kończyły się sukcesem, bo działali wspólnie razem ludzie, którzy wspinają się razem od lat, albo byli na wielu wyprawach. Teraz na wspólne, często trudne cele, porywają się ludzie, którzy się umówili przez Internet. To nie może działać. No i musimy być wyrozumiali. Każdy może mieć gorszy dzień.

 Radość z bycia pierwszym

 Lubisz docierać do miejsc jeszcze niezbadanych, w których nie ma ludzi. Co pcha Cię do okrywania nieznanego?

Frajda bycia pierwszym. Radość płynąca z faktu, że dotarłem gdzieś, gdzie nikogo nie było. Że aby osiągnąć cel musiałem sam zbudować sprzęt i rozwiązać ileś tam problemów, których nikt przede mną nie rozwiązał. Wspinanie się na ośmiotysięcznik po pękach starych lin stojąc w tłumie innych ludzi wydaje mi się koszmarem i nonsensem. Nie ma elementu przygody ani zaskoczenia. Wiadomo, co na nas czeka za każdym załomem skalnym. Po co tam jeździć?

Co odkrywasz w nowych miejscach, w samym sobie i w otaczającym świecie?

Nowe miejsca są nieprzewidywalne. Nie wiadomo, czym nas zaskoczą. W Laponii zimą zaskoczyła mnie kilkumetrowej średnicy rozeta z lodu, która wyglądała jak kwiat. Na Kamczatce fioletowe kaniony i tysiące świstaków. Nie ma się kogo zapytać o te miejsca, to my je odkrywamy i pokazujemy światu. W sobie odkrywam granicę możliwości i spokój. I pokłady ciekawości do uczenia się nowych rzeczy. W świece odkrywam, że jest dużo bardziej złożony i skomplikowany niż się wydawało. I absolutnie nie jest taki, jak pokazuje telewizja. I można spotkać niezwykłych ludzi. A od każdego człowieka można się czegoś ciekawego nauczyć.

Rozmawiała Małgorzata Czekaj

 

 Rafał KrólRafał Król – urodzony w l. 70-tych nad zimnym morzem, zimno zostało jego znakiem firmowym. Mieszka w Gdyni. Od najmłodszych lat interesowały go ekspedycje i podróże w formule odbiegającej od standardowych karier wspinaczy, podróżników czy survivalowców. Unika miejsc znanych i uczęszczanych, lubi być pionierem, osobą, która opisze i zrobi zdjęcia miejsc nieeksploatowanych lub umykających powszechnej uwadze. Inspirują go miejsca, gdzie przetrwanie jest trudne. To pozwala mu się sprawdzić, dowiedzieć czegoś o sobie i rozwinąć kolejną pasję: wprowadzania w życie nowych produktów i rozwiązań, dzięki którym jest bezpieczniej i można osiągnąć dalsze cele. Organizuje wyprawy w różnych warunkach i formułach. Podróże są dla niego okazją do poszerzania i zdobywania wiedzy. Ekspedycje:

  • Spitsbergen 2001
  • Kamczatka 2002
  • Laponia 2006
  • Ararat, Erciyes (Turcja) 2007
  • Kampire Dior 2007
  • Zimowy trawers Islandii 2008
  • Lemmenjoki 2008
  • Mongolia 2009
  • Trawers Grenlandii 2009
  • Haiti 2011
  • Berghaus Arctic Challenge 2012
  • Hardangervidda 2013

Prowadzi działalność edukacyjną i popularyzatorską dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Organizuje m. in. Kurs Zimowy, Kurs Polarny oraz Szkolenia Lawinowe na rożnych poziomach trudności. Z myślą o bezpieczeństwie młodzieży przygotował szkolenie „Bezpieczeństwo w Miejskiej Dżungli”, które uczy młodzież, jak radzić sobie we wszelkiego rodzaju zagrożeniach, jakie niesie miasto i cywilizacja. W lipcu 2006 r. działania na rzecz bezpieczeństwa młodzieży doceniła Kancelaria Prezydenta RP .

 Opis ekspedycji Hardangervidda 2013

Hardangervidda to największy płaskowyż górski w całej Europie i najbliższa Arktyka, jaka jest dostępna na Starym Kontynencie. Występują na nim polarne gatunki roślin i zwierząt (np. sowa śnieżna i lis polarny). Są tam renifery – największe skupisko w Europie. Na płaskowyżu trenował Roald Amundsen przed zdobyciem Bieguna Południowego oraz wielu innych wybitnych polarników. Celem historycznym ekspedycji było przypomnienie wyprawy Jakuba Bujaka jeszcze sprzed czasów II wojny światowej, kiedy zaraz po studiach wybrał się na nartach na płaskowyż jako pierwszy Polak. Celem sportowym było pierwsze polskie przejście Hardangerviddy zimą. Ekipa nie korzystała z wytyczonych szlaków ani schronisk.

 Rafał Król zaprasza na organizowany pod koniec stycznia Kurs Zimowy. Podczas kursu każdy uczestnik nie tylko nauczy się spania w namiocie zimą, ale również będzie spał w samodzielnie wykonanej jamie śnieżnej lub igloo. To jest dopiero frajda!

 Więcej informacji na www.expeditions.pl

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE