Sty 172014
 

Jak wygląda odprawa celna w Tobago? Czy można się nudzić, będąc na środku oceanu? Dlaczego na Karaibach warto mieć ponton? Rozmawiamy o tym z DOBROCHNĄ NOWAK i SZYMONEM KUCZYŃSKIM, którzy przepłynęli Atlantyk na zaprojektowanym i wybudowanym przez siebie jachcie „Lilla My”.

Jakie mieliście wcześniejsze doświadczenie z oceanem?

Brożka: Można powiedzieć, że się nawzajem uzupełniliśmy. Ja miałam doświadczenie oceaniczne, a Szymon pływał wcześniej na małych jachtach. Stworzyliśmy duet, w którym każdy wniósł coś od siebie.

Pamiętacie uczucia w chwili startu i wpłynięcia do portu po drugiej stronie świata?

Brożka: Cieszyłam się, że udało się wypłynąć, bo ta chwila była najważniejsza i najtrudniejsza. Oznaczała, że wszystko, co było do załatwienia na lądzie, jest załatwione, można to zostawić i płynąć.

Szymon: Zgadza się, zostało nam wtedy do ogarnięcia tylko morze, z którym mieliśmy już do czynienia i mieliśmy nadzieję, że wszystko potoczy się tak, jak zaplanowaliśmy. Natomiast projektowaniem i budową łódki zajmowaliśmy się po raz pierwszy, było wiele niespodzianek i niewiadomych.

Brożka: Może się wydawać, że najwięcej niepokoju jest przy wypłynięciu, ale żeglarze mają wszystko „odwrócone”. To właśnie wtedy, kiedy łódka zbliża się do portu, trzeba powrócić do życia i przychodzi wtedy stres związany z wpłynięciem.

Setką przez Atlantyk Czy odprawy celne są czymś uciążliwym dla żeglarzy?

Brożka: W Europie, z racji strefy Schengen, nie ma obecnie odpraw. Idziesz do biura, mówisz, że jesteś i to wszystko. Na Karaibach, na wyspach należących do państw europejskich, formalności załatwia się online. Natomiast we wszystkich krajach pozaeuropejskich trzeba przejść przez odprawę i podobnie jest na Karaibach. Czasami trwa to nawet do ośmiu godzin.

Szymon: Na Tobago trzeba wypełniać niezrozumiałe i niezliczone dokumenty, które pan urzędnik przepisuje potem ręcznie…

W jakim języku są napisane te dokumenty?

Szymon: W angielskim, ale zwroty są czasami sformułowane w dziwny sposób, tak jak np. pytanie: „ile duchów przewozisz na jachcie?”. Okazało się, że chodzi o nielegalnych pasażerów. Ich liczbę trzeba wpisać do oficjanego dokumentu… Trochę to paradoksalne!

Brożka: Tobago jest przykładem takiej biurokracji, w której dokumenty przy odprawie dla małego jachtu są identyczne jak dla dużego statku pasażerskiego. Na innych wyspach dokumenty dla małej łódki mają po jednej stronie A4. Zdarzają się także dokładne kontrole jachtów. Celnicy przychodzą wtedy z psami i dokładnie przeszukują łódkę.

Szymon: Nas to ominęło, pewnie ze względu na to, że „Lilla My” jest rzeczywiście mała, za mała na jakikolwiek przemyt. Za to mieliśmy dokładną kontrolę celną po powrocie do Europy, we Francji. Dodatkowo, w drodze do Polski, zatrzymali mnie także Holendrzy, co kompletnie mnie zaskoczyło. Akurat padało, było mokro, a panowie celnicy postanowili przejrzeć wszystkie torby z rzeczami do prania…

„Lilla My” jest najmniejszym polskim jachtem, który przepłynął Atlantyk i który także jest zbudowany przez Was od podstaw. Czy podczas rejsu zdarzały się jakieś usterki?

Szymon: Raczej małe i w pewnym sensie zaplanowane, to znaczy dotyczyły rzeczy, o których wiedzieliśmy, że mogą się zużyć. Natomiast z rzeczy nieplanowanych, zdarzyła się drobna awaria steru. Mieliśmy delikatny luz, ale z dużym zapasem bezpieczeństwa. Naprawialiśmy to na Karaibach. Nowy znajomy w porcie wyprostował nam lekko wygiętą ośkę. Poza tym, udało się płynąć bez awarii, które zagrażałyby naszemu bezpieczeństwu. Zresztą, byliśmy dobrze przygotowani, płynął z nami cały warsztat, mieliśmy i piłę, i wiertarkę…

Czy to wszystko Wam się przydało?

Brożka: Nam nie, ale naszym znajomym tak.

To znaczy komu?

Brożka: W porcie każdy jest znajomym, wszyscy się znają i pomagają sobie nawzajem. Do tego stopnia, że my na jachcie nie mamy w ogóle zamknięcia. Z reguły się nie kradnie, choć raz zostaliśmy okradzieni…

Szymon: Wynieśliśmy na zewnątrz wszystkie rzeczy podczas sprzątania. Potem spostrzegliśmy, że zniknęła część zup w torebkach. Weszliśmy pod pokład, a tam czekała na nas torba amerykańskiego żarcia. Taki handel wymienny…

Czy doskwierał Wam brak silnika?

Brożka: Na Karaibach – tak. Jacht stoi tam na kotwicy, nie wpływa do portu, bo portów jest w ogóle mało. Między lądem a jachtem pływa się na pontonie z silnikiem. Bez niego trudno byłoby wiosłować przy silnym wietrze…

Szymon: Na Karaibach wieją stałe wiatry, passaty. Góry na wyspach powodują, że z jednej strony jest wietrznie, a z drugiej panuje kompletna cisza. Trochę z braku doświadczenia, a trochę według podejścia starych żeglarzy, którzy mówią, że małą łódkę trzeba chronić przed wszystkim, radzono nam, żebyśmy trzymali się strony zawietrznej. Efekt był taki, że odcinki, które normalnie przepłynęlibyśmy w trzy-cztery godziny, zajęły nam kilkanaście. Zdarzało się, że holowałem „Lilla My” na pontonie z silnikiem.

Setką przez Atlantyk Ponton- podstawowy karaibski środek transportuMieliście własny ponton?

Brożka: Nie, my pierwszy ponton dostaliśmy od znajomych naszych znajomych, potem otrzymaliśmy drugi, mniejszy i bardziej pasujący do naszej łódki. Sami zostawiliśmy swój poprzedni przycumowany do kei, bo a nuż się komuś przyda. Ponton jest rzeczą podstawową, jeśli płynie się na Karaiby i chce się tam trochę popływać. Ewentualnie, może być też dmuchany kajak.

Jakie uczucia i wrażenia towarzyszą człowiekowi na środku oceanu, kiedy wie, że jest daleko od lądu?

Brożka: Najważniejsze w takim rejsie to umieć przebywać samemu ze sobą i cieszyć się tym.

Szymon: Płynąc samotnie na Karaiby nie myślałem o tym, że jestem daleko od lądu. Rok poprzedzający rejs był intensywny, byliśmy z Brożką zmęczeni i nakręceni, a na jachcie nie musiałem nic robić. W pewnym momencie zaczęło być po prostu nudno. Przeczytałem wszystkie książki, spałem po dziesięć-dwanaście godzin. Co godzinę robiłem zapiski w dzienniku pokładowym, choć na tak małym jachcie jak „Lilla My” można robić je rzadziej. Miałem swój rytm, według którego wstawałem rano, jadłem śniadanie, sprawdzałem stan łódki, itd. Z drugiej strony, każdy dzień na morzu wygląda inaczej i widoki można oglądać godzinami. Czasem przypłynie jakiś delfin, albo zaatakuje cię latająca ryba, kiedy oglądasz w nocy gwiazdy… Brożka swoją pierwszą latającą rybę złapała za sztormiak. Te ryby nie widzą w ciemności, więc latają trochę na oślep. Rano dzień zaczynałem od sprzątnięcia ich z pokładu. W drodze powrotnej latają w mniejszych ilościach, bo płynie się bardziej na północ.

Setką przez Atlantyk W trakcie żeglugi naprawy są konieczne - w tle słynny samoster wiatrowy z butelką po PortoSami zbudowaliście nie tylko łódkę, ale też opatentowaliście oryginalny samoster…

Brożka: Tak, jego głównym elementem jest butelka po porto (śmiech).

Czyj to wynalazek?

Brożka: Szymona. Wymyślił go, kiedy wypływał z portu w Sagres w Portugalii.

Na czym się wzorowałeś?

Szymon: Na zapasowym, oryginalnym samosterze zaprojektowanym przez Janusz Maderskiego, z tą różnicą, że mój jest o wiele tańszy i prostszy.

Sprawdził się?

Brożka: Tak! Czasem ktoś nie chce wierzyć, że płynąc np. z Karaibów na Azory spędziliśmy za sterem czternaście godzin na trzydzieści cztery dni płynięcia, czyli właściwie tylko przy starcie i wpłynięciu do portu.

Przy jakiej pogodzie musieliście pilnować steru i jachtu?

Szymon: Najgorszy etap, który teoretycznie miał być najłatwiejszy, był pomiędzy Portugalią a Teneryfą, kiedy odcinek, który powinienem przepłynąć w osiem dni, zajął mi aż dwanaście. Płynąłem wtedy siedem dni w sztormie, kiedy wiatr wiał od ośmiu do dziesięciu stopni skali Beauforta, okresowo słabnął do sześciu-siedmiu. Dodatkowo był to jeszcze teren blisko kontynentu, z wytyczonymi szlakami żeglugowymi, więc do złej pogody trzeba doliczyć też duży ruch statków. Od Wysp Zielonego Przylądka była już piękna pogoda. Przez dwadzieścia jeden nie dotknąłem steru.

Czy rejs przez Atlantyk i włóczęga po Karaibach jakoś Was zmieniły?

Szymon: Raczej potwierdził nasze przypuszczenia o tym, że ludzie są w większości pozytywnie nastawieni i dobrze się traktują. Sprawdziły się też założenia o Karaibach, że żyje się tam w innym, wolniejszym niż w Europie tempie i da się tak żyć, całkiem wygodnie.

Czy według Was żeglować może każdy?

Brożka: To na pewno sport dla ludzi rozsądnych, umiejących się dostosować do warunków i przebywania z innymi ludźmi. Pływają całe rodziny, czasem nawet z niemowlętami, a także ludzie po osiemdziesiątce, więc jeśli chodzi o wiek, nie ma ograniczeń.

Jakie są Wasze plany na ten rok?

Brożka: Płyniemy dwoma jachtami na Islandię: Szymon samotnie na „Lilla My”, a ja i dwie dziewczyny na Maxusie, pod hasłem: „Dziewczyny na pokład!”. Później Szymon wyruszy na Maxusie w samotny rejs dookoła świata.

Ile czasu Ci to zajmie?

Szymon: Jesienią 2014 roku wypłynę z Wysp Kanaryjskich i powinienem wrócić w to samo miejsce późną wiosną 2016 roku, czyli około półtora roku.

Pewnie weźmiesz ze sobą dużo książek?

Szymon: Nie, kupię czytnik e-booków!

Rozmawiała Małgorzata Czekaj

Dobrochna „Brożka” Nowak – żeglarz, instruktor, geograf. Żeglarstwem obciążona genetycznie. Kiedyś pasażer-berbeć pod maminym kapitańskim okiem. Dziś sternik morski i instruktor żeglarstwa.

Szymon Kuczyński – żeglarz, kurier rowerowy, z wykształcenia technik obsługi portów. Pływał na statkach, teraz prowadzi rejsy turystyczne i szkoleniowe w różnych częściach świata, przeprowadza jachty i jest instruktorem na obozach oraz rejsach szkoleniowych. Druga pasją Szymona jest kolarstwo.

„Lilla My” – oznacza po szwedzku „Mała Mi”. Jacht ma bardzo mocną konstrukcję, dużą dzielność morską, a do tego jest szybki. Dobrą stateczność zapewnia mu płetwa balastowa o wadze 160 kg, a pływalność zapewniona (nawet po całkowitym zalaniu) jest poprzez wypełnienie przestrzeni bakist materiałem wypornościowym. Wewnątrz są miejsca do spania dla dwóch osób, kambuz, stół nawigacyjny oraz miejsce na zaopatrzenie i bagaż własny. To wersja „Setka B-A”, czyli z płetwą balastową z tzw. bulbem. Jacht budowany jest ze sklejki wodoodpornej metodą szycia i klejenia. Zbudowany od początku przez Brożkę i Szymona, przystosowany do żeglugi oceanicznej. Technicznie jacht: długość – 5 m, szerokość 2.,2 m, powierzchnia żagli 14,5 m., typ ożaglowania: slup, 700 dm3 materiału pływalnościowego, konstruktor: Janusz Maderski, jacht zbudowany za ok. 6 tys. złotych (+ wyposażenie).

Brożka i Szymon prowadzą stronę: http://www.zewoceanu.pl/

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE