Sie 092013
 

– Do Ugandy pojechałam w odpowiedzi na modlitwę. Ten wyjazd miał kluczowe znaczenie dla mojego życia. Człowiek myśli, że coś daje, a tak naprawdę sam zyskuje – mówi HONORATA WĄSOWSKA, wolontariuszka organizacji „Bringing Hope The Family”. Na misji w Ugandzie spędziła 7 miesięcy.

Pamiętasz Twoje pierwsze wrażenie, jakie zrobiła na Tobie Uganda?

To był zupełnie inny świat. Kiedy jechaliśmy busem z lotniska, miałam zamknięte oczy, bo bałam się, że ktoś na nas najedzie, albo my na kogoś wjedziemy. W Ugandzie wszyscy jadą naraz, nikt nie zwraca uwagi na drugi samochód. Pamiętam też, że było bardzo gorąco i duszno, wokół inne zapachy, inne jedzenie. Pojawiła się ekscytacja z bycia w nieznanym miejscu. Czułam, że rozpoczyna się nowy rozdział w moim życiu.

Kaihura – to miejscowość, w której mieszkałaś. Jak wyglądają te okolice?

Wioska leży w południowo-zachodniej Ugandzie, przy drodze prowadzącej z Kampali do granicy z Kongo, między Fort Portal a Mubende w dystrykcie Kyenjojo. Afryka ogólnie kojarzyła mi się z suszą i pustynią, a na miejscu okazało się, że było zielono. Bardzo zielono! Spodobał mi się niesamowity krajobraz bananowców i baobabów. Okolica Kaihury przypominała mi trochę nasze Sudety. Nieco dalej, w Fort Portal zaczynają się góry powyżej 5000 m n.p.m. Noszą wdzięczną nazwę Ruvenzori, czyli Góry Księżycowe (ang. Mountains of the Moon). Uganda leży na średniej wysokości 1500 m n.p.m., więc jest to zupełnie inny klimat niż u nas, inaczej się oddycha.

Jako wolontariuszka uczyłaś dzieci angielskiego w szkole zawodowej i pomagałaś w szkółce niedzielnej. Jakie są dzieci z Ugandy?

Po pierwsze, są bardzo posłuszne, reagują na pierwsze słowo. „Nasze” się jeszcze upewniają i dopytują. Po drugie, dzieci na wsiach mają poczucie niższości, robią wrażenie nieśmiałych. Według kultury ugandyjskiej, dzieci i kobiety nie powinny patrzeć w oczy podczas rozmowy z dorosłym, szczególnie mężczyzną. Mogą jedynie od czasu do czasu zerkać. U nas, jeśli ktoś unika kontaktu wzrokowego, podejrzewamy, że coś ukrywa. Po trzecie, dzieci z Ugandy są bardzo pomocne. Kiedy idą z dorosłym i mogą nieść bagaż, nawet coś ciężkiego, to traktują to jako zaszczyt. Czują się wtedy ważne i potrzebne. W Polsce robimy na odwrót: to my wszystko nosimy, odciążamy dzieci.

Pracowałaś z dziećmi z domu dziecka…

Tak. One szukały kontaktu ze mną, wchodziły na kolana i na głowę. Ciekawiła ich moja osoba, choć na początku były nieufne. Zbliżały się kroczek po kroczku. Chciały dotknąć mojej skóry. Byłam wtedy jedyną białą osobą w okolicy, sprawdzały więc, czy to „białe” schodzi, jak się potrze (śmiech). Kojarzono mnie z pieniędzmi i bogactwem, więc zdarzało się, że dzieci prosiły mnie o różne rzeczy, najczęściej o zapłacenie czesnego za szkołę (często dzieci chcą chodzić do szkoły, ale nie mogą właśnie ze względu na opłaty), czasem o buty i odzież. Zdarzało się, że pytały o rower, który jest ich wielkim marzeniem. Rower w Ugandzie kosztuje 300 zł – to równowartość pensji nauczyciela. Dzieci wierzące prosiły mnie także o Biblię.

Muzungu” oznacza w Ugandzie białego człowieka. Jak Ugandyjczycy byli do Ciebie nastawieni?

Bardzo gościnnie i serdecznie. Nie wiem, jak jest w całej Afryce, ale rozmawiając z innymi wolontariuszkami, doszłyśmy do wniosku, że Ugandyjczycy są najbardziej radośni i przyjaźni w porównaniu ze swoimi sąsiadami. Przyjmując gości, częstują ich tym, co mają najlepsze. Przygotowują posiłki, kupują tzw. sodę, czyli Coca-Colę, albo Fantę. Jest taki zwyczaj, że goście otrzymują też podarunki. Ja z wizyt zawsze wracałam np. z jajkami, albo z ananasem.

Dyrektorka organizacji „Bringing Hope The Family”, u której mieszkałaś, miała na imię Faith Filo Kunihira, czyli Wiara, Nadzieja i Miłość…

W Ugandzie nadaje się dwa imiona: jedno po angielsku, drugie po ugandyjsku i jest ono używane jako nazwisko. Imiona ugandyjskie zawsze mają jakieś znaczenie, z tymi po angielsku bywa różnie. W rodzinach chrześcijańskich imiona związane są z tematyką religijną, np. Łaska, Bóg mnie strzeże. Faith Kunihira (Wiara i Nadzieja) przybrała sobie trzecie imię, Filo (Miłość), kiedy była dorosłą osobą.

Czy jest coś, czego jako Polacy możemy się nauczyć od Ugandyjczyków?

Na pewno skupienia na dniu codziennym i cieszenia się z tego, co mamy. Oni żyją tu i teraz, nie wybiegają za bardzo w przyszłość. Ktoś może powiedzieć, że w ten sposób Ugandyjczycy do niczego nie dojdą, ale z drugiej strony, oni mniej się martwią. Polacy za to obawiają się o wiele rzeczy, co słychać w naszych rozmowach. Ugandyjczycy mają dużo radości życia i wdzięczności za to, co mają, choć nie mają prawie nic. W modlitwie bardzo ekspresyjnie dziękują Bogu.

Czym różni się ich religijność od naszej?

To, co mnie zaskoczyło, to naklejki z cytatami biblijnymi na autobusach, samochodach i motocyklach, np. „In God we trust”. Jeśli sklepy czy salony fryzjerskie prowadzone są przez chrześcijan, noszą nazwy biblijne. Na rogu ulic, w Kampali i na wsiach, stoją tzw. kaznodzieje uliczni. Czytają na głos Pismo Święte. Normalne jest to, że ludzie modlą się na ulicy i nie przejmują się tym, co powiedzą inni. Rozmawiają głośno na tematy wiary w autobusach i w innych miejscach publicznych. Byłam też świadkiem zdarzenia niespotykanego w Polsce. Do taksówki wsiadła kobieta z chorym dzieckiem. Było już tam kilka osób. Kobieta siedząca obok zapytała, czy może się pomodlić o zdrowie dziecka. Jechaliśmy taksówką, a ta kobieta się modliła.

W Afryce spotkałam się po raz pierwszy ze złą duchowością, czarownikami i ich przekleństwami. Dotknięci nimi ludzie mają różne problemy. Widziałam manifestacje demoniczne. Ludzie przychodzący do kościoła krzyczeli nieswoim głosem, upadali na ziemię, ślinili się. Słowo Pana Jezusa dawało im wolność. Spotkałam również człowieka, który został wskrzeszony.

Uganda bywa opisywana jako „perła Afryki”. Czy uważasz, że zasługuje na taki tytuł?

Trudno mi jest odpowiedzieć na to pytanie, bo nie mam zbyt dużego porównania, byłam tylko w kilku afrykańskich krajach. Wiem, że Uganda jest nazywana „koszem żywnościowym” Afryki, bo ma świetne warunki dla rolnictwa. Dwa razy w roku zbiera się plony. Rolnicy mogą produkować wiele żywności dla siebie i innych krajów, nie mają jednak odpowiednich warunków. Rolnictwo jest bardzo proste. Większość prac wykonują sami, rzadko widać pracujące zwierzęta czy traktor.

Mieszkasz już w Polsce, ale nadal zajmujesz się pomocą dla Ugandy. Czego najbardziej potrzeba w tym kraju?

Butów – w kurzu zalęgają się owady jigger, które wgryzają się w bose stopy i powstają rany. To może doprowadzić do zwyrodnienia stóp, w konsekwencji człowiek chodzi jak kaczka. Wysyłamy paczki z odzieżą i kocami, dla wierzących kupujemy Biblie. Poza tym przydają się moskitiery, jako środek profilaktyki malarii – choroby przenoszonej przez komary, bo malaria jest jedną z głównych przyczyn śmierci małych dzieci. Konkretne dzieci wspieramy dzięki adopcji na odległość. Otrzymane pieniądze przeznaczamy na dopłaty do szkół dla młodzieży, bo to będzie procentowało w przyszłości. Budujemy szkoły, przedszkola, domy dziecka. Kupujemy wdowom i domom dziecka kozy i krowy. Można pomóc również jako wolontariusz.

Czy jest coś, czego sama się nauczyłaś podczas pobytu w Ugandzie?

Przede wszystkim – nie narzekać. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile rzeczy już ma, choćby prąd i bieżącą wodę. Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, żeby dziękować za to Panu Bogu.

Cieszysz się, że tam byłaś?

Do Ugandy pojechałam w odpowiedzi na modlitwę. Pytałam się Boga, co mam zrobić ze swoim życiem. I wtedy przyszło to słowo: Uganda. Ten wyjazd miał kluczowe znaczenie dla mojego życia, w ten sposób poznałam swojego męża. Podejrzewam, że gdybym się nie modliła, nie pojechałabym tam, wybrałabym coś bardziej zdroworozsądkowego i logicznego. Człowiek myśli, że coś daje podczas pobytu na misji, a tak naprawdę sam zyskuje. Tak było i w moim przypadku. To był wyjazd, który nadał nową jakość mojemu życiu i nowy kierunek. Jestem wdzięczna za to Bogu, bo gdybym nie usłyszała od Niego, co mam robić, moje życie nie byłoby spełnione jak jest teraz.

Rozmawiała Małgorzata Czekaj

Zdjęcia: arch. pryw.

honorata-z-dzieckiem-jpg Honorata Wąsowska – ur. w maju 1975, mieszkająca do 1994 w Nysie, skończyła studia Zarządzania w Opiece Zdrowotnej w Poznaniu. W marcu 2006 wyjechała do Australii (Adelaide), skąd wyruszyła na misję do Ugandy na 7 miesięcy. W lutym 2008 r. wróciła do Polski i nadal kontynuuje swą pracę na rzecz ugandyjskich sierot. Prowadzi stronę o pomocy dla Ugandy  http://misjafryka.wordpress.com/. Relacje z pobytu można przeczytać na blogu http://honoratka.blogspot.com/. W oparciu o wpisy powstała książka „Aby do czegoś dojść trzeba wyruszyć w drogę”. Jest współautorką filmu „Dzieci Ugandy”. To reportaż z pobytu Honoraty poruszający sytuację dzieci w tym kraju w kontekstach politycznym, społecznym i gospodarczym, w połączeniu z osobistymi refleksjami autorki na ten temat. Film i książkę można kupić na tej stronie  http://jack.pl.

Poradnik dla wyjeżdżających do Ugandy
Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE