Kwi 042017
 
Kolacja u birmańskiej rodziny

Podróżowanie to przede wszystkim poznawanie kultur krajów, które podróżnik odwiedza. Poznawanie ludzi, stylu ich życia, wnikanie w ich sprawy codzienne, ich kuchnię. Przedstawiam Państwu esej podróżniczki Marty Rzepeckiej z podróży po Birmie. Podróżniczka kontynuuje swą podróż, obecnie jest w Laosie. Zachęcamy do lektury.

Podróżowanie w Birmie to niemałe wyzwanie, jeśli chce się podróżować „jak lokalni”. Aby dostać się z Kyaikto (znajduje się tam świątynia Golden Rock) do Yangon wybrałam pociąg, miał jechać 4h, dotarł po 6,5h – takie opóźnienie po jakimś czasie przestaje zaskakiwać. W drodze z dworca głównego do hostelu zaczepił mnie mnich, który siedział całą drogę w moim wagonie. Zaskoczyło mnie to, ponieważ mnich z założenia jest osobą dość cichą, zamkniętą i rzadko zdarza się, by pierwszy wychodził z rozmową do kobiety. Zapytał skąd jestem, co tu robię, na ile przyjechałam, jaki mam plan podróży. Jako, że moja historia go zaciekawiła, zaprosił mnie na kawę, do jednej z kawiarni po drodze.

Mnich, który zaczepił Martę w pociągu

Mnich, który zaczepił Martę w pociągu. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

Po kilkuminutowej rozmowie, stwierdził, że koniecznie muszę przyjechać do jego klasztoru, poznać sposób życia nie tyle mnichów, co mieszkańców pobliskiej wioski, a tym samym jego przyjaciół. Zaproszenie dostałam na piśmie. Mój nowy znajomy mnich ( w lokalnym języku – Phongyi) podarował mi kawałek papieru z fonetycznym zapisem swojego imienia SandaKuMarya, nazwą swojego klasztoru Sipin tha ya Kyaung, mieszczącego się w Bee lin Township w Mon state, w miejscowości Kaukadut. I powiedział – przyjedź!

Koniec języka za przewodnika. Czyli jak dojechać do…

Trzy tygodnie później, kiedy to rzeczywistość Myanmaru zweryfikowała moje podróżnicze plany i okazało się, że muszę wrócić do Tajlandii tą samą granicą lądową, którą przyjechałam, postanowiłam sprawdzić, jak moja trasa ma się do miejsca, w którym znajduje sie znajomy mnich. Oprócz Bilin, żadnej z nazw nie udało mi się zlokalizować na mapie, postanowiłam więc pojechać do Bilin i tam pytać ludzi. Jak się okazało nikt nie znał ani Kaukadut, ani Sipin tha ya Kyaung.

Mnich spacerujący birmańską drogą

Mnich spacerujący birmańską drogą. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

Postanowiłam więc złapać autostopa i pojechać z Bilin w kierunku Tuang Sun, bo klasztor miał się znajdować pomiędzy tymi miejscowościami. Autostop to skuter, ja z moim wielkim plecakiem na tylnym siedzeniu i telefonem-mapą i instrukcjami w rękach. Chłopak, który się zatrzymał nie rozumiał ani słowa po angielsku, ale grzecznie przytaknął i dał do zrozumienia, że mi pomoże. Zatrzymaliśmy się po drodze i popytaliśmy i w końcu, jak już zebrało się 6 osób wymyśliliśmy wspólnie dokąd się wybieram. Oni mieli problem z fonetycznym zapisem na mojej kartce od SandaKuMarya, więc było dużo kalamburów i pokazywania. No i znali mojego mnicha, a to połowa sukcesu. Ja, mój “taksówkarz” i dwóch panów, którzy pomogli z mapą, ruszyliśmy do klasztoru na skuterach. Wszystkim bardzo ulżyło, kiedy SandaKuMarya wyszedł ze swojego pokoju i mnie rozpoznał (z niemałym zdziwieniem)! Podziękowaliśmy wszystkim za pomoc i zostaliśmy sami.

U Birmańskich przyjaciół

Po krótkiej rozmowie, mnich powiedział mi, żebyśmy poszli do wioski, bym poznała ludzi, u których miałam nocować. No i się zaczęło! Byłam absolutnie pierwszym obcokrajowcem, jakiego w życiu widzieli. Budziłam ogromne zainteresowanie, ale obserwowali mnie z dystansu. Wszyscy zaczynali do mnie mówić po birmańsku, zakładając, że znam ich język. Miałam nocować u jednej z rodzin ( kobiety nie mogą nocować w klasztorach) i oni byli bardzo tym podekscytowani.

Birma. Jedna z rodzin w Kaukadut

Birma. Jedna z rodzin w Kaukadut. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

W domu siedzi się na podłodze, po turecku lub na podkurczonych nogach. Często goście, mnisi zawsze, dostają maty bambusowe. Wszyscy siedzący powinni być zwróceni w stronę mnicha, mnich siedzi przed ołtarzem Buddhy. Ja, jako gość często byłam wysunięta nieco do przodu w stosunku do pozostałych ludzi. Kiedy mnich jest w domu, każdy powinien się do niego pomodlić, czyli będąc na ziemi składa się ręce, jak do modlitwy, po czym kłania się, kładąc ręce na podłodze, tworząc kciukami i palcami wskazującymi trójkąt, do którego przytula się głowę. Całą czynność powtarza się trzy razy, a na pożegnanie raz.

Ascetyczne życie mnicha w Birmie

Mnich je dwa razy na dobę, wczesnym rankiem, koło 4:30 i potem około 11. Dlatego ludzie zawsze oferują mu coś do picia i betel do żucia – czyli to coś, co zabarwia zęby tubylców na czerwono. Zapytałam czy mogę spróbować. Przygotowałam jeden liść dla siebie, korzystając z instrukcji mnicha – na liść betelu nakłada się cienką warstwę maści z wapna, następnie dodaje się owoc areki, w plasterkach (mają do krojenia specjalny nożyk), posypuje się tytoniem, zawija liść w małą kostkę i wkłada do buzi. Żuje się to kilka minut, nie połyka, w czasie żucia wytwarza się dużo śliny i płynu z liścia i to się wypluwa. Z założenia jest to stymulant, który służy rozluźnieniu, czuje się swego rodzaju euforię. Jeśli chodzi o smak – na początku taki ostro szczypiący, później całkiem świeży, ale nadal ostry.

Pudełko ze składnikami do przygotowania betelu do żucia

Pudełko ze składnikami do przygotowania betelu do żucia. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

Mnich pokazał mi jak żyją tutaj ludzie

Po tym, jak spędziliśmy trochę czasu u pierwszej rodziny, SandaKuMarya powiedział, że powinniśmy się trochę przejść po wiosce, odwiedzić kilku ludzi, no i pokazać mi, jak tu się żyje. W każdym domu, do którego wchodziliśmy, po kilku chwilach pojawiali się sąsiedzi i okoliczne dzieciaki. Dzieci były najzabawniejsze. Wbiegały do domu, a jak mnie zobaczyły stawały w bezruchu, w niesamowitym szoku, z otwartymi buziami i oczami.

W Birmie byłam bacznie obserwowana przez dzieci

W Birmie byłam bacznie obserwowana przez dzieci. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

I wreszcie kolacja, ale przedtem prysznic 😉

Po jakimś czasie wróciliśmy do pierwszego domu, gdzie czekała na mnie kolacja. Ale! Zanim siądzie sie do kolacji powinno się wziąć prysznic. Dostałam ręcznik, mydło, zostałam zaprowadzona do domu obok. Tam był duży zbiornik z wodą i mała miska do polewania się, tzw. bucket shower. Panie-gospodynie dały mi londzi, czyli długą spódnicę, którą noszą tutaj kobiety, i w niej bierze się prysznic, zakładając ją sobie powyżej biustu oczywiście. Jak już skończyłam, dostałam też nowe suche ubranie, bardzo ładne, fioletowe londzi z kwiatami ręcznie malowanymi u dołu. To jest ich codzienny strój, nic odświętnego. Oczywiście nie mogłam pójść na kolację bez thanaki na twarzy – jest to maść zrobiona ze startej kory drzewa Thanaka, służy jako krem nawilżający, przeciwzmarszczkowy i ochrona przeciwsłoneczna. Poprosiłam gospodynię, by mi nałożyła, tak jak one to robią. Zatem smaruje się cienką warstwę na szyi, całej twarzy, uszach, czasem nawet na rękach. Mają do tego specjalne szczoteczki, którymi rozprowadzają maź równomiernie. Bardzo mi się podobało stanowisko do nakładania thanaki, ale nie miałam ze sobą aparatu. Wyglądało to trochę, jak nasza toaletka, tylko na niskich nóżkach, bo siedzi się przed tym na podłodze. Jest duże lustro z drewnianą ramą, pojemniki z drzewem thanaki, i kawałek wielkiego pnia do rozcierania i mieszania pyłu z wodą lub olejkiem.

Birma. Przygotowana na kolację

Birma. Przygotowana na kolację. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

Jak już byłam przygotowana na kolację, poszłyśmy do drugiego domu, gdzie na środku pomieszczenia stał stół z jedzeniem, a dookoła zebrało się ponad 20 osób, żeby obserwować mnie jedzącą. Zasada jest taka, że gość je sam, gospodyni upewnia się, że talerz jest pełny i niczego mi nie brakuje. Dopiero jak ja podziękuję i skończę inni jedzą to, co po mnie zostało. Dość stresująca procedura. Po tym, jak złapałam widelec, usłyszałam falę śmiechu. Pokazali mi, że tutaj je się łapkami. Oczywiście trzeba pamiętać, że lewa ręka jest “nieczysta”, bo używana w toalecie, więc pozostaje mi tylko prawa. Jedzenie, to miska ryżu i co najmniej sześć różnych dodatków, kurczak w sosie paprykowym, fasolka szparagowa, krewetki z takim zielonym czymś ogórkopodobnym, ryba w sosie. Nakłada się po trochę na własny talerz z ryżem, miesza ręką, tak by sos skleił ryż, no i robi się chochelkę z ręki i pakuje porcję do buzi. Pani mi nieustannie dokładała – im więcej jem, tym bardziej pokazuję, jak mi smakuje. Więc nie mogłam się doczekać na mnicha, który wytłumaczy im, że mi smakuje, ale że nie jem aż tak dużo, szczególnie, że pół dnia łaziłam z nim po domach i byłam dokarmiana 🙂

Kolacja w Birmie

Kolacja w Birmie. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

A teraz czas na kawę

Po kolacji, ruszyliśmy do innego domu, domu szefa wioski. Tam dostałam kawę i piłam ją sobie spokojnie, będąc obserwowaną przez następne 20 osób. Po jakimś czasie pojawiła się policja, no i zaczęły się problemy. Zrobili zdjęcia mojego paszportu, po czym powiedzieli, że nie mogę nocować w tej wiosce. Po dyskusjach, jak już przyjechał pan, który mówił po angielsku, wytłumaczył, że to niby niebezpieczny teren i oni muszą wiedzieć, gdzie znajdują się turyści. Zabrali mnie do pobliskiego klasztoru, gdzie turyści przyjeżdżają na medytację. Dlatego nawet kobiety są tam mile widziane.

Kolejne londzi, thanaka, kolacja, kawa i… pomelo

Następnego dnia rano przyjechali, by zabrać mnie znów do wioski. Dzień był bardzo podobny do poprzedniego – chodziliśmy z mnichem od domu do domu, po drodze uczyłam się trochę o zwyczajach, trochę języka, trochę o religii i mnichach. Na koniec poszliśmy do jego klasztoru, by porozmawiać z szefem. Bardzo miły człowiek, nie mówił po angielsku, ale był niesamowicie ciekawy mojej podróży i mnie ogólnie. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia, ukłoniłam się jak prawdziwa buddystka, dostałam w prezencie pomelo. No i ruszyliśmy do wioski do pierwszego domu. Kąpiel, nowe londzi, thanaka i kolacja.

Birma. Herbata serwowana w każdym domu

Birma. Herbata serwowana w każdym domu. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

Po kolacji SandaKuMarya powiedział, że odwiozą mnie do klasztoru, więc spakowałam rzeczy do plecaka i jak chciałam się przebrać w swoje ubrania, panie powiedziały, że absolutnie nie i że mam zostać w tym londzi i że to prezent dla mnie od nich!! Wymieniliśmy mnóstwo miłych słów, nie wiem kto się cieszył bardziej z mojej wizyty, ja czy oni 🙂 Porobiliśmy zdjęcia, pożegnałam pół wioski, bo tyle ludzi się zebrało w domu gospodarzy i spakowaliśmy się do samochodu.

Pożegnanie i mnich, który podał mi rękę

W klasztorze zdarzyła się najbardziej nieoczekiwana rzecz. Nie wspominałam wcześniej, że mnich nie powinien dotykać kobiet. Kobieta postrzegana jest jako nieczysta,  SandaKuMarya na pożegnanie wyciągnął w moim kierunku rękę! Ja z dość dużym wahaniem spojrzałam na niego i jego gest.

Birma. Z moim przyjacielem - mnichem

Birma. Z moim przyjacielem – mnichem. Autor: Marta Rzepecka © My Map Of The World

On dał mi sygnał przytaknięciem, że jest w porządku i podałam mu rękę. Jak równy z równym, niesamowite uczucie i coś, co się po prostu nie zdarza!

Marta Rzepecka © My Map Of The WorldMarta Rzepecka – ruszyła z Polski w kwietniu 2016 i nadal jest w drodze. Założenie było proste – poznać świat. Przez Azję Centralną, Himalaje, Azję Południowo- i Północno-wschodnią, Australię, Nową Zelandię, przez trzy Ameryki, zamierza dotrzeć do Alaski. Podróżuje wszelkimi środkami transportu, byle ciekawie, tanio i tak, by można było zostać w drodze jak najdłużej, bo to jej żywioł. Zależy jej na kontakcie z mieszkańcami danego kraju, dlatego często decyduje się na wolontariaty, dające jej możliwość mieszkania z rodziną, której pomaga, zapoznania się z kulturą, kuchnią, religią, zwyczajami. Stara się podróżować mniej turystycznie, eksplorować w miarę możliwości. Najciekawszymi historiami i zdjęciami ze swojej drogi dzieli się na Facebooku facebook.com/Mymapoftheworld My Map Of The World czyli „W samotnej podróży dookoła świata

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE