Lis 122013
 

Nazwę „kantYnaZłombol” można tłumaczyć na kilka sposobów. Po pierwsze, kantyna to bar, również na kółkach – za komuny sprzedawano z takich przyczepek hot dogi i zapiekanki, a my serwujemy „serwis” dla innych załóg złombolowych (części do aut, gumy, płyny itp.). Po drugie, Fiat ma kanciaste kształty, stąd nazwa kantyna wydaje się bardzo odpowiednia. Po trzecie, często jeździmy kolumną kilku Fiatów 125p – wtedy kanty na Złombol, mówi Marek Radoszyn, kapitan złombolowej drużyny kantYnaZłombol.

Jeżdżą Fiatem 125p z 1981 roku, mocy 75 kM. W Złombolu biorą udział od 2010 roku, w którym celem wyprawy był Istambuł. Od 2011 roku jeżdżą z przyczepą kempingową Niewiadów N 126 E. – O akcji usłyszałem w mediach i jako stary mechanik stwierdziłem, że to coś dla mnie – wspomina Marek. – W pięciu sekundach podjąłem decyzję, że jadę. Do stałej ekipy kantYnyZłombol należy Marek „Marecki” Radoszyn i Wojtek „Wojcio” Żaliński. Do Szkocji i Norwegii pojechała również córka Wojtka, OlaZłombola. Zawsze jedzie także kamerzysta, w tym roku był to Piotrek. Wszyscy na Złombolu posługują się ksywkami, tylko kapitan podaje imię i nazwisko. Jest odpowiedzialny za całą ekipę.

Maksymalna prędkość pojazdu? – 125 km/h, jak przystało na Fiata 125p, gdzie „p” to przyczepa, bo bez przyczepy to już 155 km/h – przyznaje z dumą Marek. – Natomiast na całym Złombolu jechaliśmy średnio 75 km. Pytam, czy nie lepiej wsiąść do nowego, klimatyzowanego auta, żeby pojechać w świat? – Ależ skąd! Wtedy nie byłoby to tak spektakularne, poza tym, ja bym się bał jechać nowym autem na wyprawę – słyszę odpowiedź. – Gdyby w takim samochodzie zepsuła się elektronika, byłby problem. Natomiast w kantYnie potrafię sam naprawić większość drobnych usterek. W tym roku, jeszcze przed wyjazdem z Katowic, poszło sprzęgło i krzyżak wału napędowego. Marek zajechał na warsztat, ale akurat był dzień wolny, pracowników nie było, tylko właściciel, który udostępnił miejsce i narzędzia. W osiem godzin „Marecki” uporał się z awarią. Oprócz tej usterki, na trasie nie zdarzały się poważniejsze. – W Estonii zabrakło nam dwóch biegów. Bez wstecznego da się jechać, gorzej pod górę w Norwegii bez dwójki, ale daliśmy radę – opowiada Marek Radoszyn. Parę razy zabrakło też paliwa, bo wskaźnik jest niedokładny. – Tak było w Szkocji i teraz na Nordkapp. My zostaliśmy, a Wojcio pojechał stopem z kanistrem szukać stacji. Na wyprawę trzeba zabrać wszystkie zapasowe części, zestaw kluczy, podnośnik żabę. Rzeczy zajmują sporą miejsca, ale nie ma co liczyć, że za granicą dostanie się części do starego Fiata. – Radzimy sobie sami, ale kiedy trzeba, szuka się warsztatów. Często ktoś pomoże bezinteresownie. W okolicach Bolesławca urwał nam się wydech. Na stacji powiedziano nam, do jakiego mechanika pojechać – mówi Marek. – To był domorosły mechanik, pomógł nam i nie wziął za to żadnych pieniędzy.

Złombol nie jest zwykłym rajdem starych samochodów, ale rajdem charytatywnym. Każda drużyna wnosi swój wkład, wpłacając darowiznę i „sprzedając” różnym firmom powierzchnię reklamową na swoim pojeździe. Minimalna kwota od każdego samochodu to 1000 zł. Ale im więcej, tym lepiej. – W tym roku kantYna zebrała 6000 zł. Większa część została wpłacona przez holenderską firmę JLM. Całość pieniędzy przeznaczana jest na Domy Dziecka na Śląsku. – Dla dzieci to jest święto – opowiada Marek Radoszyn. – Pieniądze wolę wydać na wszystkie przygotowania i koszty podróży Fiatem 125p, a nie urlop pod palmami. Tak przynajmniej dzieciaki mają pożytek. W tym roku na koncie „złombolowym” znajduje się już 302 738,73 zł w tym 1% podatku. Przez siedem edycji Złombol uzbierał – 1 150 076,77 zł.!!! Wszystkie pieniądze uzbierane przez Złombol są w całości wykorzystywane na zakup i rzeczy na potrzeby najmniejszych.

Każdego roku Złombol udaje się do innego miejsca. W 2007 roku organizatorzy po raz pierwszy wybrali się w podróż do Monaco. Wpadli na pomysł, aby połączyć dobrą zabawę z pomaganiem innym. Już następnego roku w rajdzie wzięło udział 11 ekip. Z roku na rok było ich coraz więcej, w ubiegłym wystartowało najwięcej – 206 drużyn złombolowych z różnych miast Polski! Tego lata do Norwegii wybrało się 128 ekip, dojechało 104. kantYnaZłombol pobiła rekord złombolowy. W trasie z Krakowa do Katowic, a potem przez Litwę, Łotwę Estonię, Finlandię, Norwegię, Szwecję, Danię, Niemcy, Holandię pokonała 9850 km w 24 dni. Do Polski wróciła 2 września br.

W Norwegii mrozów nie było, ale w nocy temperatura spadała do 4 stopni. Śnieg leżał tylko w górach. W drodze do celu, czyli na Nordkapp, było Wilno, spotkanie z przedstawicielami Koła Zabytkowych Pojazdów oraz akt patriotyczny – recytacja Pana Tadeusza. Recytowali wszyscy kantYnowcy, ale tylko interpretacja Oli nadała się do prezentacji w filmie. Choć kantYna w Złombolu pełni funkcję straży końcowej (jedzie wolniej ze względu na przyczepę), ekipa dojechała w całości i zdrowiu na Nordkapp. – Na miejscu czułem dumę – wspomina Marek. – Dumę męską i dumę mechanika. Była też wspólna radość, że się udało, że dojechaliśmy! Biorąc pod uwagę problemy w Katowicach, przecież nie było to takie oczywiste. Od dwóch lat uczestnicy Złombolu otrzymują certyfikaty „dojechania” oraz specjalne pieczątki. W tym roku odbyła się także licytacja koszulki z nazwami wszystkich teamów, którą za 2400 zł kupił Artur Dzieniszewski, prezes AutoZłombolSan.

Wrażenia z tegorocznej podróży po Skandynawii są pozytywne. – Mówi się, że Polacy się nie lubią za granicą, ale to właśnie rodacy przyjmowali nas wszędzie przyjaźnie. Podchodzili i rozmawiali, pytali czy czegoś nie potrzeba. Jak twierdzi Marek, 95% ludzi reaguje na Złombolowców życzliwie. Sposób reakcji jest różny w różnych krajach. – Niemcy byli bardzo powściągliwi, nie machali ani nie trąbili, za to Holendrzy reagowali bardzo spontanicznie. Kultura jazdy wszędzie jest wysoka, ale najbardziej uprzejmi kierowcy są w Skandynawii. Pieszy wymusza pierwszeństwo, a samochody grzecznie się zatrzymują – komentuje Marek.

Co robić w aucie podczas długich godzin podróżowania? – Rozmawiamy, opowiadamy kawały, czasem przychodzą wspomnienia… – mówi Marek. Sam o wyprawie do Norwegii mówi jako o „podróży sentymentalnej”, bo 19 lat temu pracował w Norwegii i był tam również Fiatem 125p, ale młodszym. Złombolowcy porozumiewają się przez CB-radio. Każdy jedzie indywidualnie i na swoją odpowiedzialność, ale czasami znajomi łączą się w grupy. Jest również zasada solidarności: kiedy ktoś z uczestników zauważy inny, stojący pojazd ze Złombolu, to trzeba się zatrzymać i zapytać, czy nie jest potrzebna pomoc.

Jak Fiat 125 p z przyczepą poradził sobie na skandynawskich drogach? – Taki samochód ma swoje tajemnice. Trzeba o niego dbać, umiejętnie prowadzić i uważać, żeby się nie przegrzał – mówi Marek Radoszyn. Części zamienne coraz trudniej dostać. Pomagają ludzie – ktoś np. robi porządek w garażu i za darmo oddaje stare części. Na bieżąco wymienia się zużyte części. Marek oprócz Złombolu, jeździ na rajdy i zloty. kantYna jest w ciągłym ruchu. Marek jeździ do przedszkoli, w których opowiada dzieciom o swoich przygodach. W zamian otrzymuje od nich kolorowe laurki, a dzieciaki wchodzą do auta i siadają za kierownicą. Dokąd pojadą w następne wakacje kantYnowcy dowiedzą się, zgodnie ze zwyczajem, tuż po północy, 1 stycznia 2014 roku. – To informacja, na którą czekam od zakończenia poprzedniego Złombolu – mówi Marek. I pewnie nie on jeden.

Tekst: Małgorzata Czekaj

Zdjęcia: arch. pryw.

O przygodach podczas podróży kantYną możecie dowiedzieć się na stronie: https://www.facebook.com/pages/kantYnaZ%C5%82ombol/105266419526784

Strona Złombolu: www.zlombol.pl

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE