Lis 162013
 

Dlaczego nie warto oglądać się wstecz, kim był Álvar Núňez Cabeza de Vaca i jak pachnie błoto w dżungli opowiada STEFAN CZERNIECKI.

Od pierwszej wyprawy, do Argentyny, Chile i Boliwii, minęło już kilka lat. Wracasz pamięcią do tamtych miejsc?

Przez pierwszy rok, kiedy wróciłem i pisałem książkę – tak. Wracałem do wspomnień i żyłem tamtymi obrazami. W trudnych chwilach, kiedy było mi źle, oglądałem zdjęcia i filmy. Obecnie jednak skłamałbym, gdybym powiedział, że wracam do tamtej wyprawy, no chyba, że akurat piszę np. artykuł o Argentynie. Wiem jednak, że gdyby nie ten wyjazd, nie byłoby być może następnych podróży i innych przygód w mojej „karierze”. To był cenny początek, zetknięcie się z nową kulturą, nowymi ludźmi i przygodą. Oczywiście, teraz, kiedy rozmawiamy, pamiętam doskonale wiatr, który przewracał mnie w Torres del Paine, albo widok Cerro Torre, ale na co dzień o tym nie myślę.

Czyli nie jeździsz do miejsc, w których już byłeś?

Nie. Jeśli spełniło się się swoje marzenie, to nie ma sensu o nim rozmyślać. Jestem wierzący i staram się żyć Ewangelią, a tam jest jasno napisane, że kto ogląda się wstecz, a ręce przykłada do pługa, ten robi źle. Nie żyje się tym, co się zrobiło (dobrze, czy źle – nieważne), nie rozpamiętuje się swoich dokonań. To może prowadzić po pierwsze, do pychy, a po drugie, do samoograniczenia, bo myślisz o tym, co zrobiłaś, a nie o tym, co możesz zrobić. Czas mija i człowiek myśli raczej o jutrze, niż o wczoraj. To co zrobiłaś, traktuj jako starter, żeby iść dalej.

Jakie są Twoje obecne podróżnicze marzenia?

Jutro [9 listopada – przyp.red.] ruszam w Azję Południowo-Wschodnią. Lecę z Włoch do Kuala Lumpur, potem będzie Singapur, Borneo i Filipiny. O Filipinach marzyłem od dwóch lat!

Co Cię tam ciągnie?

Powiem szczerze: cena. Jestem podróżnikiem niskobudżetowym i jeżdżę wtedy, kiedy jest okazja cenowa. Znalazłem promocję na bilet lotniczy, prawie cztery razy taniej niż normalnie. Było marzenie, jest okazja, więc jadę. Skąd pomysł? Filipiny to wyspy, a ja mam wielką estymę do wysp i wodospadów. Wyspy są pewnego rodzaju enklawą, trudno dostępną, poza kontynentem i to mnie zawsze fascynowało.

Często docierasz w miejsca trudno dostępne, np. do parku El Rey w w Argentynie. Skąd się o nich dowiadujesz?

Od miejscowych. Kiedy gdzieś mi się podoba, zostaję tam dłużej. Siłą rzeczy, poznaję wtedy ludzi i ich rodziny, mieszkam z nimi, jem śniadania, obiady, kolacje i po jakimś czasie sami zaczynają mi mówić o ciekawych miejscach. Nie pamiętam, jak było z El Rey, ale w tamtym momencie bardzo chciałem zobaczyć dżunglę. Wiedziałem, że później nie będę miał czasu ani możliwości, więc wykorzystałem tę okazję.

Po co chciałeś tam jechać? El Rey raczej nie było miejscem wypoczynku, że chociaż wspomnę o kleszczach…

To było straszne miejsce! Ale po kolei. Park oddalony jest o ok. 40 km od najbliższego miasta i można się do niego dostać piechotą lub jeepem, jeśli ma się szczęście. Są tam kleszcze, jaszczurki, węże i inne świństwa. Po co chcę jeździć w takie miejsca? Dawniej to była młodzieńcza głupota i chęć zaistnienia w podróżniczym światku. Potem przeszło to w zabawę w odkrywanie, bycie kimś w stylu Robinsona Cruzoe. Takie moje prywatne Eldorado, gdzie mogę się spełniać jako mężczyzna. Kiedy dojrzałem już bardziej jako podróżnik i facet, przerodziło się to po prostu w pasję odkrywania. Dostałem znaki z Góry, że mogę więcej, że mogę przekroczyć pewną barierę w życiu. Wiem, że gdzieś może być niebezpiecznie, ale czuję opiekę Kogoś z Góry. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że takie jest moje powołanie: docierać w miejsca trudno dostępne, a potem opowiadać o tym ludziom, napisać książkę. Po co? Nie wiem. Być może, żeby zainspirować innych, pobudzić ich wyobraźnię.

Mówiąc o znakach, masz na myśli przekonanie w sercu?

Tutaj mogę odwołać się do Wenezueli. To miejsce niebezpieczne, w którym działają kartele narkotykowe, słychać strzały na ulicach, a biały ma zakaz wstępu do dżungli zamieszkanej przez Indian. I ja w tym miejscu czułem, jakby ktoś rozłożył przede mną dywan, a ja po nim tylko idę. Przez cały miesięczną wyprawę nie zdarzyła mi się ani jedna sytuacja, w której mógłbym stracić życie. Co więcej, jak się gdzieś pojawiłem, tam np. znalazł się jakiś dobry człowiek, który pomógł mi znaleźć przewodnika, albo mnie przenocował. Takich namacalnych znaków było tysiące, chociażby pod koniec, gdy chciałem zobaczyć w całości wodospad Salto Angel, który jest najwyższym wodospadem na świecie i z racji swej wysokości [ok. 919 m – przyp. red.] zwykle jest w chmurach. Przewodnik uznał za marną szansę, a ja pomyślałem, że poczekamy jeszcze jeden dzień i zobaczymy. I rzeczywiście, następnego dnia ujrzałem Salto Angel w całej okazałości. Było tak pięknie, że płakałem ze szczęścia.

Mówisz o tym tak, jakby Pan Bóg zrobił Ci niespodziankę.

Tak! Wiele razy doświadczyłem w życiu tego, że Bóg kocha nas wszystkich i daje nam to, o co Go prosimy i czego bardzo pragniemy. Oczywiście, poza wyjątkami, kiedy chcesz komuś zrobić krzywdę. Wtedy modlitwa nie działa. Ale jeżeli dobrze odczytasz swoje powołanie i charyzmaty, które otrzymałaś w życiu i prosisz Boga o to, co jest dla ciebie dobre, wtedy On to ci da. Kiedy wyjeżdżałem na pierwszą wyprawę do Ameryki Południowej, miałem takie ciche marzenie zostać dziennikarzem. Tak kilka razy wspomniałem o tym w modlitwie, że może bym popełnił chociaż jeden artykulik po powrocie. Po pięciu latach mam trzy czy cztery kolumny w kilku dziennikach i tygodnikach, dwie książki i teraz jeszcze będzie program w telewizji. Czujesz akcję?! Prosisz o paznokieć, a dostajesz całą rękę! Dla mnie to jest najlepsze, co może się zdarzyć. Dlatego zawsze mówię: jeśli macie marzenia, to wierzcie i módlcie się, a jeśli są dobre, na pewno je otrzymacie. Tylko trzeba cierpliwości.

A jeśli chodzi o cierpliwość, jak sobie radzisz z przeszkodami na wyprawie?

To jest trudne pytanie, bo ja już dawno wyzbyłem się takiego myślenia, co będzie, gdy się nie uda. Zaufałem Bogu i od tamtej pory praktycznie przeszkód nie ma. Natomiast, kiedy zdarzają się sytuacje zagrożenia, jak np. wtedy, gdy żołnierz trzyma mnie na muszce i każe rozbierać się do naga, to co… Pomodliłem się w duchu, a poza tym próbowałem się z nimi dogadać. Wiadomo, koniec języka za przewodnika. Wydaje mi się, ze wszystkimi ludźmi można się dogadać, nawet z tymi, których uważamy za złych i od tego mam język, żeby próbować. Jeśli chodzi o pragmatyczne wskazówki, to wiadomo, unikajmy miejsc, o których wiemy, że jest niebezpiecznie. To kwestia odpowiedzialności za własne życie. Wszelkie typowe zagrożenia możemy przewidzieć.

Ty się jednak pchasz w takie miejsca.

I tu mnie masz! (śmiech) Tylko że to nie było tak, że podczas pierwszej wyprawy od razu szedłem tam, gdzie niebezpiecznie. Najpierw było Buenos, potem Patagonia… Kiedy poczułem, że mogę, pojechałem do El Rey. Później było Peru i Wenezuela… Jest granica, której staram się nie przekraczać, dopóki nie widzę, nie czuję, że mogę, to tego nie robię. Jeśli ktoś ma wewnętrzne przekonanie, że czegoś nie powinien robić, bo to jest dla niego niebezpieczne, to rzeczywiście lepiej, żeby tego nie robił. Trzeba słuchać własnego sumienia.

W Wenezueli, oprócz typowych dla Ameryki Południowej niebezpieczeństw, doszła jeszcze kwestia tego, że chciałeś się dostać na teren należący do tamtejszego wojska…

Wpłynięcie na ten teren wymagało pozwolenia od wojska. Natomiast płynąc Orinoko, nie sposób nie natknąć się na żołnierzy. Oni są wszędzie, na pontonach, na łódkach, na brzegach. Reżim kontroluje wszystko. Często są to ludzie młodzi, wychowani w komunizmie, traktujący białych jako wrogów, czyli demokratów i liberałów. Często próbują takich ludzi upokorzyć. Dla mnie najgorszym upokorzeniem było, kiedy kazali mi się rozebrać. Trzeba mieć dla nich dużo cierpliwości i uśmiechu, a w sobie pokorę, żeby te wszystkie kontrole i patrole przebrnąć. W żadnym wypadku nie oddawać złem za zło. To może się źle skończyć, bo koniec końców, to oni są władzą i mają broń.

Jak już przetrwałeś te kontrolę i dotarłeś do Indian, jak postrzegasz tamtejszych ludzi, żyjących w środku dżungli i reżimu?

Plemiona są różne, jedne żyją bliżej lub dalej od miast, natomiast w każdym jest mężczyzna, tak jakby wódz, który udaje się na targ do miasta i tam handluje indiańskimi dobrami, np. złowionymi rybami, rękodziełami, skórą jaguara, w zamian za zegarki, plastikowe kubki na wodę itd. Na co dzień Indianie żyją w enklawie dzikości, bo buforem, który oddziela ich od Wenezuelczyków, czyli Metysów, jest dżungla, ale większość plemion, jak np. Yekuana, albo Piaroa, mają kontakt z białym człowiekiem i kiedy tam przybyłem, nie było żadnego szoku. W środku dżungli żyje plemię Yanomami, z których część podobno nie ma stałego kontaktu z białym, ale prawdopodobnie już widzieli takiego człowieka i wiedzą, że istnieje.

Czy według Ciebie powinniśmy docierać do dzikich plemion?

I tak, i nie. Dawniej, kiedy czytałem o tym, jak pan Cejrowski opisuje plemiona, u których był, myślałem, że przecież w ten sposób niszczy się ich odrębność, tradycję. Teraz wiem, że tak naprawdę oni sami chcą żyć lepiej i chcą cywilizacji.

Czy w trakcie swoich podróży spotykasz ludzi, którzy wpłynęli na Twoje postrzeganie świata?

W pamięci mam spotkanie z księdzem Jerzym Pecoldem, misjonarzem pracującym w Wenezueli. To dla mnie wzorzec. Jako młody ksiądz wyjechał do Ameryki Południowej i od tamtego czasu tam służy, nawraca ludzi, żyje wśród Indian i kowbojów. W Polsce można przeczytać jego książkę „Padre”. Do dzisiaj utrzymuję z nim kontakt, tak samo jak z grupą Indian z Argentyny. Byłem w prowincji Jujuy na karnawale i tam ich poznałem. Byłem sam i to oni do mnie podeszli. Potem bawiliśmy się przez kilka dni już wspólnie. Gdy przyjechałem do Buenos Aires, odszukali mnie, żeby zaprosić na obiad do polskiej restauracji. Czujesz? (śmiech) Natomiast nie spotkałem osoby, która całkowicie by odmieniła moje życie.

A na kim się wzorujesz, jeśli chodzi o podróżników?

Za lat młodzieńczych był nim pan Wojciech Cejrowski, ale odkąd go poznałem, stał się dla mnie bardziej znajomym, człowiekiem z krwi i kości, choć nadal go szanuję i lubię. Podziwiam Arkady’ego Fiedlera, szczególnie za to, że przed wojną wybrał się do Gujany. Wtedy nie było takiej dostępności samolotów, ani innych ułatwień. On jako pierwszy docierał do tamtejszych mieszkańców, miał odwagę i fantazję. Jest jeszcze jedna osoba, Álvar Núňez Cabeza de Vaca, hiszpański konkwistador. Żył na przełomie XV/XVI w. Wylądował raz z czterema kompanami w delcie Missisipi i wszedł do społeczności Indian. Miał smykałkę do handlu i stał się ich przedstawicielem handlowym. Żył z nimi, nauczył się ich języka, oni mu zaufali. Słuch o nim zaginął. Kilka lat później hiszpańscy konkwistadorzy natknęli się w dżungli na zarośniętych, dzisiaj byśmy powiedzieli, lumpów. Okazało się, że jednym z nich jest de Vaca, który żył z Indianami i ostrzegł rodaków, żeby dalej już nie szli, bo trafią na trzystu zbrojnych mężczyzn z plemienia Hopi. De Vaca wrócił potem do Europy, pisał pierwsze książki podróżnicze, był prawdziwym podróżnikiem XV w. Po jakimś czasie popłynął na wyspę św. Katarzyny, która znajduje się koło wybrzeża brazylijskiego. Tam przewędrował ze swoimi ludźmi od wybrzeży aż do Asunción, stolicy dzisiejszego Paragwaju. Przekarczował całą dżunglę, szedł z czterystoma ludźmi i nie stracił ani jednego człowieka. A w środku dżungli wiesz, jak jest: Indianie, węże, insekty i inne paskudztwa. Przy okazji facet odkrył też wodospady Iguazú!

Ty też zamierzasz karczować dżunglę?

Haha, no wiesz co, ja w ogóle dżungli nie lubię, to nie jest środowisko dla człowieka. Jest niebezpiecznie, bardzo wilgotno, duszno i ciemno. Wytrzymasz góra tydzień i masz dość. Wolę góry i otwartą przestrzeń. Natomiast mam taki plan, żeby pójść śladem Fiedlera w Gujanie, co wiązałoby się z karczowaniem dżungli, ale to chyba nie w najbliższym czasie…

À propos tych gór i przestrzeni, zachwycasz się często pięknem stworzenia?

Tak, bo po to jest, żeby nim się zachwycać! Teraz zmieniłem tylko sposób, w jaki opisuję przyrodę. Stwierdziłem, że najlepiej jest pokazać nie przez opis, ale przez dialogi i akcję. Dużo lepiej można wtedy poznać piękno stworzenia niż rozpisywać się, jakie to jest cudowne i w ogóle „ach” i „och”. Kiedy opowiadam, chcę, żeby słuchający poczuli smak, zapach tego miejsca, w tym przecież tkwi jego głębia.

No więc… jak pachnie błoto w dżungli?

No słuchaj, to jest fenomen, mój ulubiony zapach! Niby błoto to taka zgnilizna, prawda? Ale dżungla pachnie błotem wymieszanym z zapachem humusów, grzybów, połączonym z zimnym chłodem i przesiąkniętym delikatnym wiatrem. On jest wszędzie, ale nie jest tak intensywny, żeby Ci przeszkadzał. Wystarczy, że wejdziesz w cień lasu równikowego i od razu, momentalnie wręcz czujesz ten zapach. Pni, liści, wody, czyli zgnilizny, ale takiej „pozytywnej”.

Rozmawiała Małgorzata Czekaj

fot. Kuba Fedorowicz, Małgorzata Czekaj

Stefan CzernieckiStefan Czerniecki – podróżnik, dziennikarz, autor książek „Dalej od Buenos” oraz „Cisza”, autor programu „Za siódmą górą” w Tv Republika, były członek Alpinus Expedition Team. Eksplorator dziewiczych rejonów świata – przede wszystkim ukochanej przez niego Ameryki Południowej. Zwycięzca I edycji prestiżowego Memoriału im. Piotra Morawskiego. Teksty jego autorstwa publikują m.in: „Rzeczpospolita”, „Nowe Państwo”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Polonia Christiana”, „npm”, „National Geographic-Traveler”, „Podróże”, „Poznaj Świat”.

Latynoska koncepcja świata ujęła go najmocniej. Od dzieciństwa marzył, aby ujrzeć Cerro Torre. Gdy obronił pracę magisterską w Katedrze Kartografii Wydziału Geografii Uniwersytetu Warszawskiego, wyjechał na pierwszą wyprawę do Ameryki Południowej. Zwiedził Argentynę, Chile i Boliwię. Smak odkrywania i eksploracji bardzo mu się spodobał. Wszędzie pojawiał się z czystą kartą i swoim nieodłącznym notatnikiem, któremu codziennie poświęca co najmniej pół godziny, aby utrwalić przygody, zapisać adresy i telefony. „Ja po prostu mam bardzo dobrego Anioła Stróża” – mówi.

Swoim życiem daje świadectwo, że chcieć to móc, wystarczy tylko poprosić. Pełen wiary i radości życia, zaraża swoim entuzjazmem innych, którym marzy się zdobywanie świata.

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE