Lis 262013
 

Przez cały dzień zdołaliśmy jedynie okrążyć miasto obwodnicą, a pod wieczór stanęliśmy już na właściwej wylotówce do Umania. Zrobiliśmy zaledwie 150-160 km, ale w gruncie rzeczy dzień obfitował w miłe sytuacje. Najpierw dwóch gości podarowało nam mapę Krymu – starą, podniszczoną, taką mapę z duszą, potem jechaliśmy jakimś zabytkiem motoryzacji, który w połowie drogi umarł i trzeba było od korby go zapalać, w końcu jakiś miły Pan podarował nam cztery pomidorki – Hospodyn pomyluj! – wykrzyknął, gdy powiedzieliśmy mu, że z Krakowa na Krym jedziemy.

14 sierpnia

Pierwszy dzień wyprawy. Po szoku termicznym z rana u Billy’ego na podwórku, jajecznicy z dziczyzną i jeździe samochodem z nieufną babcią Johnny’ego („nikt w tej rodzinie nigdy w nikogo nie wierzył” – westchnął Jasiek nad kierownicą po tym, gdy jego babcia już wysiadła) dotarliśmy do Mielca. Trzy stopy, trzech kierowców, około czterech do pięciu godzin jazdy. Zdecydowaliśmy się zostać u mnie na noc i dopiero jutro ruszyć w dalszą podróż.

Nie czuję jeszcze klimatu drogi. „To zrozumiałe – zauważył Kawa – wróciłeś do domu po dłuższej nieobecności”; może racja, on twierdzi, że czuje drogę już mocno, pewnie opisze to barwniej ode mnie. Zobaczymy. Swoją drogą ciekawe, gdzie byśmy teraz byli, gdybyśmy zdecydowali się jednak kontynuować podróż bez postoju w Mielcu, obstawiam Rzeszów lub okolice, browar w namiocie i studiowanie mapy. Teraz też browar, mapa, lustrzanka Marty (szkoda, że nie może pojechać z nami – lustrzanka rzecz jasna, byłyby dobre zdjęcia i porządny film). Plany są piękne – Lwów, Pierwomajsk, Krym, a potem Kamieniec, Chocim, Rumunia, Węgry i Zuza w Svidniku na Słowacji.

15 sierpnia, Ukraina już

Mielec, Kolbuszowa, Rzeszów, Łańcut, Jarosław, Korczowa i przejście graniczne.
W ogóle to udało mi się wreszcie przejechać TIR-em, Kawa już w sumie nie raz jeździł, ale mnie to jakoś omijało.

Zaraz za granicą poznaliśmy Wowę i Mikołaja, mieli porządne szpeje i proponowali nam nocleg, lecz postanowiliśmy jeszcze popróbować szczęścia i jechać dalej. I tak dotarliśmy tutaj. Leżymy w namiocie ok. czterdziestu kilometrów od Lwowa.

16 sierpnia

Rano

Kawa jeszcze śpi, a ja właśnie spaliłem sobie papierosa i czekam aż jego budzik zadzwoni. Pierwsza noc w namiocie spokojna. Niepokoi mnie tylko, że przemókł w jednym rogu. Wczorajsze przygody z kierowcami nastrajają bardzo pozytywnie; po tym jak już wydostaliśmy się ze stacji benzynowej tuż za granicą, łapaliśmy stopa prawie bez problemu. Gdyby nie zastała nas noc, gdyby ciemności nie przykryły ziemi, z pewnością dotarlibyśmy wczoraj do Lwowa. Dziś przydałoby się dotrzeć dalej, ale zobaczymy jak będzie.

– Kuda hatiot’e?

– Lwów.

– Trista grywien.

– Niet, my awtastopam, u nas niet dieneg.

– A, ja panial.

To tylko ten jeden raz póki co chcieli od nas kasę za podwiezienie, ale trzysta hrywien
to lekka przesada w sytuacji, gdy autobus kosztuje dwadzieścia.

Jestem ciekaw mieszkańców Ukrainy, historie opowiadane w Polsce, a także i tutaj (na stacji, tuż za granicą starszy facet: „W Krym? Awtastopam? W piździec!) wydają mi się lekko przesadzone, ale zobaczymy, jak będzie dalej na wschodzie, bo podobno „tam bardziej pojechani” – cytuję jednego z kierowców.

Lwów – espresso z McDonalda przed gmachem Opery lwowskiej; idziemy kupić szachy na bazarku, potem trzeba odnaleźć drogę na wylotówkę, nie mamy mapy, więc nie wiem, jak to zrobimy, ale zrobimy.

17 sierpnia,

Rano

Przydałoby się napisać coś o wczorajszym stopie z Lwowa do Chmielnickiego, w którym się obecnie znajdujemy – niedawno wstaliśmy u będziemy zaraz zbierać się w dalszą drogę na Winnicę i dalej na Umań. Tam będzie już chyba więcej jak połowa drogi za nami.

W poszukiwaniu szachów i wylotówki straciliśmy trochę czasu.

„Jebat’ tot awtastop”, „Chmielnicki – żopa awtatopa” – takie napisy na słupie przywitały nas na początku dzisiejszego łapania, na wylotówce z Chmielnickiego.

„Cz’orna żopa awtastopa!” Te słowa idealnie pasują do obwodnicy Winnicy; jest zatoczka, a w zasadzie szeroki pas pobocza, tiry się bez problemu zatrzymują, widać nas z daleka, samochodów mnóstwo, tylko że żaden z nich nie chce się dla nas zatrzymać. Od trzech godzin próbujemy się stąd wydostać i nic, dupa. Zaczęło się pięknie: dwóch gości zabrało nas z Chmielnickiego po jakichś piętnastu minutach łapania. Specjalnie dla nas zatrzymali się na stacji, żebyśmy mogli sobie kupić nową mapę, podrzucili nas aż tutaj, na wylotówkę, a teraz stoimy i nic się nie dzieje. No niezupełnie nic – przywędrował do nas jakiś piesek, suczka; całkiem sympatyczna. Nakarmiliśmy ją, to się nie chciała później odczepić, no ale poszła w końcu, a my stoimy.

Wczorajsze stopowanie można zaliczyć do udanych zważywszy na to, że byliśmy na wylotówce dopiero po trzeciej po południu. Ale kupiliśmy we Lwowie szachy, odwiedziliśmy Cmentarz Łyczakowski, a potem jeszcze trochę zamarudziliśmy jedząc. Swoją drogą wizyta na tym cmentarzu to było ciekawe doświadczenie. Te wszystkie stare nagrobki – cyrylica przemieszana z alfabetem łacińskim, te wszystkie napisy utrzymane w starym stylu: Janina z Koniecznych Stróżyńska, czy jakoś tak. Pamiętam jak odwiedzałem z rodzicami stary mielecki cmentarz, gdzieniegdzie odnajdywało się tak sformułowane napisy, ale już na nagrobku cioci Józi napisano: „Józefa Szelest zd. Witek”. Czy ma to jakieś znaczenie? Faktem jest, że inaczej patrzyłem na te wszystkie grobowce, inaczej niż jeszcze kilka lat temu w czasie święta zmarłych, gdy odwiedzałem groby najbliższych. Teraz nawet nie przyszło mi do głowy żeby się pomodlić przy którymś z grobów. Po co? Przecież Ci ludzie zmarli tak dawno temu, że dawno już wymodlono dla nich życie wieczne albo już dawno zostali potępieni. Nie wiedziałem, co myśleć, gdy na jednym z nagrobków zobaczyłem napis: „Prosi o modlitwę” – od ponad stu lat, bo gdzieś pod koniec XIX wieku zmarł; nie wiem, może się mylę.

Ze Lwowa do pobliskiej miejscowości (nie pamiętam nazwy) dostaliśmy się po półtorej godziny łapania, a potem stop na 250km do Chmielnickiego; tylko fakt, że zostawiliśmy u tego gościa mapę, a potem szliśmy przez godzinę za miasto, żeby rozbić namiot przyćmiewa „dobrość” tego dnia. A niebo nocą było nie do opisania, więc o nim zamilknę.

 18 sierpnia, przedmieścia Winnicy

Zaraz blat’ pojedz’em! Tak, cały czas tak myśleliśmy po tym, jak obaliliśmy mit o żopie awtastopa w Chmielnickim, odnaleźliśmy nową żopę w Winnicy. Przez cały dzień zdołaliśmy jedynie okrążyć miasto obwodnicą, a pod wieczór stanęliśmy już na właściwej wylotówce do Umania. Zrobiliśmy zaledwie 150-160 km, ale w gruncie rzeczy dzień obfitował w miłe sytuacje. Najpierw dwóch gości podarowało nam mapę Krymu – starą, podniszczoną, taką mapę z duszą, potem jechaliśmy jakimś zabytkiem motoryzacji, który w połowie drogi umarł i trzeba było od korby go zapalać, w końcu jakiś miły Pan podarował nam cztery pomidorki – Hospodyn pomyluj! – wykrzyknął, gdy powiedzieliśmy mu, że z Krakowa na Krym jedziemy. Niestety, choć staliśmy do oporu, to nie udało nam się tego dnia już nic złapać do Umania, na szczęście mogliśmy się rozbić za hotelem.

– Skolko budiet za dwoch ludiej, za odnu nocz??

– Dwiesta piediesiat grywien.

– A palatku u was można pastavit?

– Nu można, gavarite iz stróżam.

Ale nie musieliśmy gadać ze stróżem, bo pani sama z nim „pohoworila” i rozbiliśmy pałatku przy akompaniamencie szczekających psów. A potem przegrałem z Kawą dwa razy w szachy.

Wieczorem

SofijówkaSofijówka – Panie Trembecki, przeczytam jeszcze raz. Park robi wrażenie ogromne, sam z chęcią napisałbym poemat o tym miejscu, gdyby mi starczyło talentu. Potem był obiad – królewski, za 40Hr i dwóch Ukraińców – wyglądali jak rasowe wiejskie dresy – wygoleni, w szaro-czarnych uniformach i spojrzeniem typu „co się ku… paczysz”. Wysiedli z autobusu na przystanku, na którym łapaliśmy stopa. Od razu obrócili wnimanije na nasze plecaki i stwierdziłem, że trzeba uważać, bo zaraz będziemy walczyć o nasz dobytek. Rzeczywiście przystąpili do nas i nieśmiałym, lekko wystraszonym tonem zapytali, gdzie chcemy dojechać. Powiedzieliśmy, że na wylotówkę, na Herson. Od razu podali nam numer autobusu, w który powinniśmy wsiąść, gdzie mamy wysiąść i jak dalej podejść. W ich głosie słychać było szczerą troskę i chęć pomocy podróżnym. Byłem pod tak wielkim wrażeniem tej sytuacji, że długo rozważałem to spotkanie. Wyrzucałem sobie, że oceniłem ich tak nieroztropnie po wyglądzie, ale sądzę, że większość ludzi zrobiłaby to samo. To niesamowite, kolejny raz spotkaliśmy się z wielką życzliwością. Może ktoś zarzuci mi, że wyolbrzymiam całą sytuację, ale nie, nie zgodzę się z tym. Trzeba było widzieć ich twarze, słyszeć ich głos, to co i jak mówili, to było wspaniałe. Niech mi ktoś spróbuje nazwać jakiegoś Ukraińca zbirem, tylko dlatego, że jest Ukraińcem, bez bliższego poznania go – nie ręczę za siebie. Ale to byłby koniec cymesów na dziś. Jesteśmy na wylotówce, jesteśmy daleko od Krymu, dwa dni w plecy przez wczorajszą Winnicę, ech… Dobranoc Panie Dzieju.

„Ja nie znaju gdie jesio, na etom svietie jest, takaja że viesna… – z piosenki, słuchanej w jednym z aut.

19 sierpnia

Zaczęło się dobrze, jeden samochód za Pierwomajsk, 20 km od Mikołajewa, do którego z kolei zabrał nas kolejny kierowca. Straciliśmy tam ponad dwie godziny, zanim dotarliśmy na wylotówkę, ale później szybko złapaliśmy transport na autostradę i dalej na Simferopol. Czegoś jednak nie rozumiem. Zabrali nas goście, którzy jechali na Krym, do Simferopola właśnie, ale po 100 km stwierdzili, że jednak dopiero za trzy godziny będą jechać dalej i zostawili nas w jakiejś czarnej dupie, życząc ściastlivo. Ale byli bardzo mili i nie wykazywali żadnej wrogości. Doszliśmy do wniosku, że nas się bali, bali, bo nie rozumieli – nie byli w stanie pojąć idei podróżowania autostopem, utrudniania, miast ułatwiania drogi. Ale tak ma być, nie może być lekko. Zobaczymy, co będzie. I tak jest dobrze, zrobiliśmy już ok. 300 km, do celu zostało nam jeszcze ok. 240 km, mam nadzieję, że nadal będzie dobrze.

20 sierpnia

Tego nam było trzeba, zaraz po rozpoczęciu łapania zabrał nas gość do pobliskiej miejscowości, w której mogliśmy kupić wodę…

21 sierpnia

Urwałem pisanie przy ostatnim wpisie, bo zatrzymał się nam stop. Już trzeci tamtego dnia. Zabrał nas za Krasnopieriekopsk, stamtąd mieliśmy już tylko 108 km do Simferopola, a i tak to z nim właśnie przekroczyliśmy granicę Awtanomnej Raspubliki Krym. Nie pisałem nic aż do teraz do wieczora, bo tak dużo się działo.

Czarna Wołga – czarna Wołga zabrała nas do Simferopola. Tam wypiliśmy piwko w uroczej knajpce z jeszcze bardziej uroczą kelnerką, która ładnie „razkazała” nam, jak dotrzeć na Czatyrdah. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do Pierewalnoje, pobliskiej miejscowości, w której zaczynał się szlak. A właściwie to trudno powiedzieć czy się zaczynał, ale na górę wyleźliśmy dnia następnego tj. 21 sierpnia, we wtorek, czyli dzisiaj. Nadal nie jesteśmy do końca pewni, czy był to Czatyrdah właściwy;

– Jak to nazwałeś?

– Jednorazowe i niepowtarzalne.

Tak, po 15 min. ciszy, gdy po wypiciu pierwszej bani zacząłem pisać, powiedziałem do Kawy: „Może polejesz?” – Tak Milordzie – odpowiedział Kawa, śmiejąc się. Cały komizm tej sytuacji dało się uchwycić tylko wtedy. Gdy zaniedbany towarzysz podróży, pozostawiony samemu sobie, opuszczony przeze mnie na rzecz dziennika, usłyszał niemal protekcjonalny ton mojej prośby, zagrał bardzo ładną scenkę. Ale to jednorazowe i niepowtarzalne, ja będę o tym pamiętać, czytelnik, jeśli się takowy znajdzie, być może będzie w stanie sobie wyobrazić.

Jesteśmy w mieszkaniu jakiejś babuszki. Ona dawno poszła spać, za to jej syn? zięć? wnuk? Rozbija się po całym mieszkaniu nawalony w dziesięć. – A jak już dojedziemy Panie na ten Krym – hasło tej podróży. Otworzyła nam śliczna pani, smutna chyba przez tego swojego męża? – brata? Naprawdę bardzo miła, chciała z nami po ukraińsku rozmawiać, bo dowiedziała się, że my z Polski. Ja jednak wolałem po rosyjsku. Naprawdę tych Ukraińców z zachodu nie szło zrozumieć, za to tutaj, gdzie wszyscy po rosyjsku mówią, dogadujemy się świetnie.

Byliśmy nad morzem, wypiliśmy po dwa piwka, wróciliśmy. Przywitał nas pijany mąż i prześliczna żona, jeszcze tylko wypić flaszkę do końca i iść spać. A tak w ogóle, to jesteśmy w Ałuszcie, w nocy…

Kawa dobrze powiedział, jakby tu zawitał jakiś Niemiec albo Holender „toby ocipieli”. Szkoda mi tej dziewuszki. Ładna i widać, że ogarnięta, tylko jej nie poszło. Chętnie pomógłbym jej znaleźć pracę w Polsce, żeby dobrze zarabiała, żeby jej syn miał szczęśliwe dzieciństwo… no dobra, jestem trochę pijany (czytelniku, wybacz brak elokwencji i niewyraźne pismo), ale naprawdę mi jej szkoda.

Wracaliśmy znad morza przez Ałusztę w nocy. Wszędzie mnóstwo ludzi – z browarami, z winami, dobrze ubrani i dobrze się bawiący, a tu – ubóstwo. Ta dziewczyna miała blizny po nożu na nadgarstku. Sama się cięła, czy ktoś chciał ją pociąć? (syn? zięć? mąż?).

Napijmy się wódki.

Do Simferopola przywiozła nas czarna Wołga. Potem trochę się męczyliśmy, zanim znaleźliśmy centrum, ale udało się. Wypiliśmy po dwa piwka, ułożyliśmy plan działania i, ku mojemu zdziwieniu, trzymamy się go. Jesteśmy w Ałuszcie, pijemy wódkę, Kawa kopci szluga, a ja piszę, po dwóch browarach i półlitrze.

Moj drug razruszyl kaljeno.

– Eta nada jod, scias ja pasmatrju.

– Nu ja padażdaju.

– Wot jeśt takaja mas’t’. Spasatielnaja

– Nu budiet haraszo.

– Rabotajet?

– Da, kanieszna.

– Tagda wsiewo haroszewo.

– Spasiba i wam toże.

– Spakojnaj noczi.

– Nu i wam toże

Słyszysz jak ziemia drży?

Już przestała.

Oczy mi ciążą i mgłą zachodzą,

Wiatr mi gra na palcach i włosy rozwiewa,

A poprzez ten k…cy odór czuć zapach morza.

23 sierpnia, Ajudah

Siedzę sobie na szczycie, Kawa poszedł za twardą potrzebą, gdyż jak sam stwierdził: „Nie wiem czy wytrzymam na dół, a tu jest w sumie przyjemnie”.

To już jedenasty dzień wyprawy licząc od błogosławieństwa Wieliczki. Wczoraj też się wszystko pięknie ułożyło. Wykąpaliśmy się w morzu, poznaliśmy Wołodię – wróżbitę, od którego dostaliśmy kamienie-talizmany. Potem wyprawa do Partenitu, kawałek trolejbusem, kawałek na stopa, potem pieszo i stanęliśmy u stóp Ajudahu. Rozbiliśmy namiot w lesie i dokończyliśmy tworzony od ponad dwóch lat wiersz autostopowy. W nocy przypałętał się jakiś lis, ale wystraszyły go stukające w namiocie butelki. Teraz zejdziemy ze szczytu i podążymy dalej, gdzie? Bakczysaraj? Ałupka? Na azymut Panie Dzieju! Na azymut!

 

Dziennik wyprawy

Data kosmiczna: 4072

Pijemy piwo w uroczej knajpce w Partenicie po zejściu z Ajudahu i ożywczej kąpieli w morzu. Kawa właśnie subtelnym ruchem, chcąc pokazać mi coś na mapie, potrącił kufel i ten, upadając, uderzył drugi (mój) kufel i oba z wielkim szklanym łoskotem pozbywając się swojej zawartości, która w jednej chwili znalazła się w niewygodnym związku partnerskim z purpurowym obrusem, leżącym na stole. Straszna chu…nia. Nie dość, że straciliśmy piwo, to jeszcze narobiliśmy sobie wstydu. Zapamiętają gości z Polski. A kelnerka i tutaj priekrasnaja. Dostaliśmy darmowe małe piwo.

24 sierpnia, Jałta

Przed supermarketem

Podobno tu nie wolno palić w miastach, jedynie w wyznaczonych miejscach.
Ale kiepów tu na chodniku od groma, jak na krakowskich przystankach, więc i ja prikuriłem w oczekiwaniu na Kawę, który poszedł kupić Nutellę.

Pełno tu ciekawych samochodów. Przed chwilą przejechała ulicą czarna Wołga, niemal identyczna jak ta, którą przyjechaliśmy do Simferopola, tylko kierowca inny. Potem seledynowa Łada, a w środku ładna pani za kierownicą. Taki wydawałoby się dysonans – naprawdę piękna kobieta, a samochód z minionej epoki. Kanciasty, toporny, zupełnie nie współgrający z delikatnością i zmysłowością kobiety. Oglądałem kiedyś taki film Almodóvara z Penelope Cruz, nie pamiętam tytułu, ale ta kobiety z Łady bardzo mi ją przypominała. Podobnie jak bohaterka filmu i ona miała córkę, siedziała na tylnym siedzeniu. Ciekawe, jaka jest ich historia.

Pałac Alesandra IIIWidzieliśmy dzisiaj pałac Aleksandra III. Mogłem wreszcie, po trzech dniach zwłoki, skorzystać z normalnej toalety. Sedes to jednak wspaniały wynalazek. Człowiek nie zdaje sobie sprawy jak cudownym jest robić to i rozmyślać o czymkolwiek, bez potrzeby zwracania uwagi na to, czy go ktoś w lesie nie przyłapie, czy sobie koszulki przez przypadek nie osra, lub też czy rozochocony sytuacją członek nie zechce oddać przy okazji moczu i nie wyleje się na opuszczone gacie. Tak, sedes to cudowny wynalazek.

Przyjechaliśmy do Jałty, Kawa zafundował przepyszny obiad z piwkiem i teraz będziemy się kierować do pobliskiej miejscowości, a tam też zobaczymy piękny zamek. Potem Ałupka i kolejka na Ai-Petri. Mamy zamiar zejść już o własnych siłach i rozbić się gdzieś w górach. A jutro – Bakczysaraj.

26 sierpnia

Aisza – coś pięknego. Cudowne imię. Takich wrażeń oczekiwałem od tej podróży. Wioski w niczym nie przypominającej polskich, zeuropeizowanych i pań w sklepie tak miłych i sympatycznych, a do tego tak pięknych jak Aisza. W dodatku mówiła po polsku. Mieszkała kiedyś w Kielcach i tam się nauczyła. Klimat niesamowity, to miejsce przypomina trochę te opisywane przez Stasiuka. Kilka niskich domów, sklepy. Sklepów tu dużo, ale to chyba ze względu na usytuowanie miejscowości. Wczoraj jechaliśmy z Jałty drogą przez góry. Ponad godzina jazdy i tylko las, ale widoki piękne. Nie do opisania. Może dlatego tych magazinów tyle tu nastawiali, bo po takiej trasie każdy potrzebuje zrobić zakupy. Czy to wodę i zapalniczkę czy chl’eb nada pakupit’ jak to było w naszym przypadku.

W ogóle ten wczorajszy stop był dobry. Dwóch facetów jadących rozklekotaną furgonetką, w drodze co najmniej pięć razy myślałem, że się rozleci i będziemy zmuszeni rozbić namiot w lesie. Ale dojechaliśmy. Przy dźwiękach demonicznego folk roka z pierdzącym basem dojechaliśmy do Sokolinoje. Niesamowita jest ta wioska. Jest niedziela, ludzie gromadzą się wokół sklepów, na ławeczkach obok starsze pani handlują czymś czerwonym, co wygląda jak czereśnie, ale nimi nie jest; kawałek dalej dziadzia z miodem; jakiś mercedes wypluł z siebie dwóch mężczyzn z głośnikami i wzmacniaczem – widocznie będzie zabawa później, jakaś wiejska impreza, chociaż nie wiem, czy to jest dobre określenie. Brzmi jednak trochę pejoratywnie, a wcale tak mi się nie kojarzy. To część życia tej społeczności i wydaje mi się, całkiem przyjemna. Choć nie zobaczymy zapewne jak to się potoczy.

Wypiliśmy kawkę, zjedliśmy śniadanie mistrzów – lepioszkę z kiełbaską, banana, spaliliśmy z pięć szlugów i siedzimy przy drodze. Raz na jakiś czas coś przejedzie. Posiedzimy tu chyba trochę, ale to przyjemne, bo to miejsce ma niczym nie zmąconą duszę. Pamiętam, jak siedzieliśmy przy zamku w okolicach Gaspry – Lasto… Lastoczkije gniezdo? Tak to się chyba nazywało. Tamto miejsce tez miało duszę, ale tłumy turystów rozszarpywały ją zębami aparatów fotograficznych, z uporem depcząc każdy jej kawałek; żuły i wypluwały ją, gdy zdjęcie się nie udało albo gdy Nad przepaścią w Czufut-Kalektoś wszedł im w kadr. Tamto miejsce odzyskało swoją duszę, dopiero gdy weszliśmy na klif. Siedzieliśmy, piliśmy piwko i patrzyliśmy na zamek w jego pełnej krasie, na tle bezkresnego, wydawało się, morza (gdzieś tam jest Turcja…) wespół z plażą pełną turystów. Patrzeć na nich z daleka było nawet przyjemnie, ale być tam w tłumie, to było straszne uczucie. To samo odczułem koło Ałupki, gdy doszliśmy do kas biletowych kolejki na Ai-Petri. Dodatkowo okazało się, że bilet kosztuje 60 hrywien, więc zdecydowaliśmy się odpuścić sobie tę przyjemność. Myślę, że dobrze zrobiliśmy, podążamy poniekąd śladem Mickiewicza, a on o tej górze nie pisał. W sumie się nie dziwię, pomylił Czatyrdah z najwyższą górą pasma krymskiego, dlaczego więc nie miałby przeoczyć i tego masywu. W ogóle, z całym szacunkiem dla wielkości naszego wieszcza, ale wydaje mi się, że w dupie był i gówno widział. Byliśmy dzisiaj w Czufut-Kale. Miasto wspaniałe – wykute w skale komnaty, schody, mury; usytuowanie – widok na dolinę-kanion – to wszystko robiło niesamowite wrażenie, ale przepaść? W Tatrach, choć nie jestem tam częstym gościem, widziałem straszniejsze miejsca. Albo romantyczna skłonność do przesady to sprawiła, albo ja mam jakieś podświadome uprzedzenia do Mickiewicza.

W trakcie pisania o klifie zatrzymał się nam stop. Postanowiłem nie zaznaczać tego faktu, aby nie przerywać myśli na temat tłumu, a i tak doszedłem do Czufut-Kale, do którego udało nam się dotrzeć właśnie dzięki temu stopowi. Po nim był następny, oba naprawdę dobre. Właśnie taki powinien być autostop. Rozmowa z kierowcą, wymiana myśli, żywy kontakt. Wcześniejsze spotkania na zachodniej Ukrainie nie były złe, ale częściej przypominały przejazd autobusem, w którym każdy na każdego patrzy jak na gówno zawinięte w gazetę i podrzucone na wycieraczkę; gdzie myśli się tylko o jak najszybszym dotarciu do celu i rozstaniu się z niewygodnymi współtowarzyszami podróżnej niedoli. A tu – krymski tatar, chrześcijanin, oc’eń haroszyj cielawiek – pogadaliśmy, pożartowaliśmy (od razu wychwycił po moim akcencie, że jestem z Polski). Potem następny kierowca, również sympatyczny starszy facet, pragnący lepszych warunków życia. Pytał się, czy nie chcemy Lwowa z powrotem, spytałem więc, czy chcą oddać, na co odpowiedział: „Oni sami się tam pchają”. Rzeczywiście zachód Ukrainy bardziej przypomina Polskę. Tu, na Krymie, więcej jest rosyjskich akcentów, nie mówiąc już o ludziach z rozrzewnieniem wspominających czasy „sajuza”, czy też tych tęskniących i mówiących o tym wprost.

Przed Bakczysarajem

Teraz jesteśmy w Bakczysaraju. Powinienem jeszcze opisać, jak graliśmy z Anatolem w szachy, ale Kawa właśnie ustawia figury na kolejną partię, ja zmęczyłem się już opisywaniem poprzednich wydarzeń, więc może o tym jutro.

27 sierpnia, Bakczysaraj

„Porząnne” śniadanko, kawka, papierosek z rana i zaraz lecimy na wylotówkę do Sewastopolu. Mamy zamiar złapać jachtostopa do Odessy. Chęć dostania się tam przez morze jest silniejsza niż obawa przed tym, że podróż się przedłuży, a co za tym idzie – zostaniemy bez pieniędzy. Mamy jeszcze ok. 350 hrywien, musi nam to wystarczyć co najmniej do połowy Rumunii. Lądem do Simferopolu i dalej na Odessę z pewnością dotarlibyśmy szybciej, ale, jak już mówiłem, podróż przez morze kusi nas tak bardzo, że musimy spróbować

– A Ty, dusz trucicielu, idź mi precz Hamlecie!

– Hamlet to ten z Anglii, co szynkę wymyślił?

– Tak, tak – wiesz Ham-let, let it be, później Beatelsi o nim piosenkę napisali.

– Tak, tak, ten od świń.

– To i Stasiuk coś o nim wspominał w Murach Hebronu.

– No wiesz, taka intertekstualność.

– Tak, ale to nie wynalazek naszych czasów, to już gdzieś w dwudziestoleciu

– No, może u tego… Manna?

– Jakiego Manna?

– No wiesz, tego od Materny.

– Chu…a się znasz, Mann to ten od manny na pustyni.

– To był Mojżesz idioto…

Takimi to inteligentnymi rozmówkami umilaliśmy sobie drogę w deszczu, który pierwszy raz, odkąd przyjechaliśmy na Krym, zaszczycił nas swoją obecnością. Jest wtorek, 28 sierpnia, jest zimno, mokro, czołówka daje nikłe światło; okulary mam brudne, więc piszę bez, mając świadomość, że niszczę swój wzrok, ale dawno już nie pisałem i czuję potrzebę przelania myśli na papier.

Leżymy w namiocie z nadzieją, że nie przemoknie. Simferopol po raz drugi. Gdy dotarliśmy tu w zeszły poniedziałek, poziom euforii wylewał nam radość przez nos i uszy, a dziś szlag nas trafiał, bo nie mogliśmy znaleźć drogi na wylotówkę. Potem się rozpadało. Zrezygnowani szliśmy drogą w poszukiwaniu czegoś – jakiegoś rozwiązania, sami do końca nie wiedzieliśmy czego, ale coś trzeba było robić, więc szliśmy. Pojawił się daszek na horyzoncie, a pod nim dwóch starszych gości pijących wódkę. Po grzecznym zapytaniu się, czy możemy schronić się przed deszczem, zostaliśmy poczęstowani konkretnym kielonem i rozpoczęła się bardzo przyjemna rozmowa. Simferopol pływa a Paryż płonie. Po kilkunastu minutach jeden z naszych rozmówców musiał niestety udać się na spoczynek, zdążył jednak jeszcze powiedzieć, że Wyborowa z Polski to „sama lutsza vodka”, jaką kiedykolwiek pił. Cóż, strzemiennego i do przodu. Ruszyliśmy dalej, ale łapanie nie szło tego dnia najlepiej. Przejechaliśmy jeszcze ok. 10 km jednym stopem i więcej nic się nie wydarzyło. Przemokliśmy doszczętnie, rozbiliśmy namiot i mamy nadzieję, że będzie dobrze, bo musi być dobrze!

Powinienem opisać jeszcze resztę wczorajszego dnia, był bardzo obfity w różnego rodzaju odczucia, no i był to dzień łapania jachtostopa, ale może o tym jutro. Teraz jeszcze papierosek na dobranoc i lulu. Kawa już śpi.

29 sierpnia, gdzieś w stepie

Ukraina jest naprawdę piękna i inspirująca, chyba że tylko ja tak mam w głowie poukładane i tak duszę odczuwającą, że widok gościa poganiającego stado owiec i krowy przez łan pożółkłej od słońca łąki robią na mnie takie wrażenie.

Wjechaliśmy właśnie na stepową część Krymu, do samego Krasnopieriekopska (czyli jeszcze jakieś 48 km) nie będzie nic poza polami. Wyszło słońce – gloria in exelsis soli­ – jak zacytował Kawa; słoneczko jest, ale i wiatr szarpie rozpiętą kurtkę na lewo i prawo. Wcześniej, gdy staliśmy i łapaliśmy przypomniał mi się wiatr z Czatyrdahu, tam naprawdę mocno wiało. Błogosławiony był tamten wiatr, chłodzący nas w czasie wspinaczki. Bez niego słońce dałoby nam nieźle w dupę. Do tego wiatru tęskniłem w drodze na Ajudah, kiedy upał męczył potwornie, a lekka bryza od morza zdawało się, ledwo przesuwać krople potu z twarzy. Błogosławiony był tamten wiatr. Podobnie w czasie wędrówki do Czufut-Kale. Droga pod górę, żar lał się z nieba, a gdy już podchodziliśmy pod samo miasto, nie było ani drzewka, ani kawałka cienia. Tam również chłodny wiatr z Czatyrdahu pomógłby nam bardzo.

Bakczysaraj chyba najbardziej mi się podobał, jak do tej pory. Nie było tam morza, ale skalne miasto, partia szachów z Anatolem i ciepłe posiłki w przemiłej atmosferze sprawiły, że mam ochotę tam wrócić. Do tego te stare tatarskie zabudowania, pałac chana, wąskie uliczki – to miasto ma duszę i nawet przybywający tam turyści nie są w stanie jej zniszczyć ani zagłuszyć jej wołania. A woła głosem z przeszłości i skłania do refleksji, woła klasztorem wykutym w skale, zamkniętym w czasach ZSRR, woła cmentarzem tatarskim, również nie istniejącym w powojennych latach, a jednak obecnym – napis nad wejściem wyraźnie głosił, że pochówków dokonywano tu od XIV bodajże do XIX wieku, stan nagrobków również świadczył o podeszłym wieku tego miejsca, mimo to Anatol, sędziwy już człowiek, twierdził, że wcześniej go nie było: „Sjejczas pastraili” – powiedział.

Bakczysaraj po raz pierwszy pożegnaliśmy 27 sierpnia rano i udaliśmy się do Sewastopola, by tam złapać jachtostopa do Odessy lub nawet Rumunii. Po kąpieli w morzu, jak do tej pory ostatniej, ruszyliśmy na podbój portu. Pierwsze zetknięcie się z dokami i statkami jest niemalże nie do opisania. Gdybym był Proustem lub Stachurą, może by mi się to udało, ale raczej nie oddam wiernie tej mieszanki uczuć jaka bulgotała we mnie, gdy kopciliśmy szluga na krawężniku i zastanawialiśmy się, co zrobić. To nie był taki zwykły strach czy obawa, że nas wyrzucą. Lęk przed ośmieszeniem przemieszany z nadzieją na niesamowitą podróż.

Pierwsza rozmowa, jakkolwiek nie przeniosła nas na wypływający na pełne morze statek, wlała w nas dużą porcję otuchy. Jakoś tak dało się odczuć nadzieję w słowach tych ludzi, z którymi rozmawialiśmy; poprzez ich: Niet, niet, nie hodiat’ – przebrzmiewało: „Chłopaki, to jest możliwe, próbujcie!” Więc próbowaliśmy dalej. A dalej nadzieja umarła zdaniem wypowiedzianym przez strażnika innej części portu; została brutalnie zamordowana, z czym długo nie mogłem się oswoić. Nawet Kawa zauważył, że straszną zwiechę złapałem, o czym był łaskaw mnie poinformować; jednak z żałoby po nadziei na jacht/statek (cokolwiek, byle przez morze!) wyleczyło mnie dopiero spotkanie ukraińskich autostopowiczów z koniakiem i dredami, którzy złapali nam dwa stopy. Sytuacja piękna – wychodzimy na wylotówkę, która nie wygląda zachęcająco, a tam dwóch gości łapie stopa. Nie zdążyliśmy się nawet dobrze przywitać, a już zatrzymał się samochód, do którego wpakowaliśmy się we czterech razem z bagażami. Zawiózł nas ów kierowca z powrotem do Bakczysaraju. Było już późno, pomimo że wypity z nowopoznanymi Stapowiczami koniak dodał nam sił i ochoty do działania, to i tak myśleliśmy już o rozbiciu namiotu. Udało nam się jednak przejechać kilkadziesiąt kilometrów prawie pod sam Simferopol autobusem, który nasi ukraińscy koledzy po fachu złapali w Bakczysaraju. Kawa zgubił okulary, mnie się chciało srać, nie mogliśmy znaleźć miejsca na namiot, ale jakoś poszło. I jakoś to pójdzie dalej. Będzie dobrze, bo musi być dobrze. 160 hrywien w portfelu, 17 złotych i kolejne 1500 km (a może więcej) do przejechania. Jakiś tydzień jeszcze w podróży; nie wiemy, co będzie, ale będzie kuźwa dobrze! Zaraz blat’ pajedz’em! Tak, błogosławiony był tamten wiatr.

30 sierpnia, Krasnopieriekopsk

Ta podróż obfituje w niezwykłe zdarzenia – i tak ma być. Nie sposób nadążyć za tymi wydarzeniami, a co dopiero spisać wszystkie kłębiące się w głowie myśli, przemyślenia dotyczące tego tutaj bycia. Mógłbym to zrobić w domu, po powrocie, ale wiem, że to nie byłoby to, to samo co tutaj, gdy w palącym słońcu nogi mi się już gotują od dżinsów, skóra łuszczy na ramieniu, a Kawa bezefektywnie, jak na razie, macha przy ulicy.

Od przedwczoraj próbujemy się wydostać z Krymu. Cały dzień w Simferopolu, potem 6 godzin łapania jakieś 40 km od niego, tragedia. Nie rozumiem tej sytuacji. Teraz też podjechaliśmy marszrutką do Krasnopieriekopska, bo skończyło się nam jedzenie i trzeba było uzupełnić zapasy. Ale w łapaniu to nie pomogło. Stoimy i czekamy. Nie jestem mizoginem, ale laski to jednak mają lepiej w takich sytuacjach. Właśnie pod Simferopolem wpierdoliły się dwie przed nas bez żadnego dzień dobry, dziękuję czy spierdalaj i po 15 min. pojechały. Tak, one mają waginę a my chuja. Wczoraj też, stoimy, łapiemy, podchodzi gość i bezczelnie prosi o ogień, a potem łapie przed nami stopa i rozkłada bezradnie ręce, bo ów kierowca nie miał już więcej miejsca w samochodzie. Może to wulgarne, mało literackie, i mało interesujące, ale musiałem się wyżalić, bo ileż można czekać. Ale, jak mawiał filozof: „Im gorzej, tym lepiej”.

31 sierpnia, w drodze

Tam darogi niet, no na kartie ona jeśt. Tak, siedemnaście dni to za mało, żeby zobaczyć wszystko, a nasza trasa nie pozwala wyrobić sobie zdania o ukraińskich drogach. Te, po których jeździmy niewiele odbiegają od polskich, ale, jak zauważył tirowiec wiozący nas do Mikołajewa, takich jest niewiele. Tak, tirowiec, wreszcie stop i wreszcie TIR. 200 km, Mikołajew i nareszcie czuć znów ducha autostopu, ducha podróży.

Nie kuritie takich, davaj bieri, kuri takije­ – wreszcie częstują nas szlugami. Nie żebyśmy czekali, aż nam wszystko pod nos podadzą, ale zwykła ludzka życzliwość, rozmowa, to jest to, czego od autostopu oczekuję i co jest w sumie, w pewnym sensie niezwykłe.

Zabrał nas więc ten TIR-owiec spod Aramiańska i zawiózł do Mikołajewa. Po drodze zdążył poużalać się na durny naród ukraiński i nad beznadzieją życia w tym kraju.

Nu, kak ani zamiec’ili, szto nasza bienzina stoit 5 Hr i inastrannaja 5, ani skazali: Kak tak? Davajtie padniesjem akcyzu na 7 Hr. Kak u nas zamiec’ili, szto inastrannaja bienzina stoit 7 Hr, ani skazali: „Piotr Nikolajewicz inastrannaja bienzina stoit 7 Hr davajtie naszu na 7. Patom a piat’ ani akcyzu na 9 Hr padniesli i a piat’ u nas skazali: „Piotr Nikolajewicz…

No i tak właśnie narzekał na ceny nie tylko benzyny, ale wszystkiego. Nie oddałem w pełni wspaniałości tego wywodu, bo przepięknie brzmiał, naprawdę przyjemnie było słuchać, zapisałem bardziej da siebie; z resztą cały ten dziennik dla mnie jest, żeby pamiętać to, co tu się działo, przywoływać te chwile.

Ściemniało się, nie było sensu łapać, poszliśmy kupić zapalniczkę lub zapałki z myślą postawienia namiotu. Na stacji okazało się, że niczego do odpalania nie mają, a woda jest tylko 2 Hr tańsza od półtora litrowego piwa, zdecydowaliśmy więc zaniechać kupna tej pierwszej – Vada nie vodka, mnoga nie wypijesz – jak słusznie zauważył nasz kolejny vadit’iel, ale o nim później.

Nu r’ebiata, szto wam nada?

– Zażygalku ili spićki, a patom palatku pastawić.

– Nu stavjajtie sjuda ili tam ili davajtie k’nam, my tam budiem nocowat’.

I tak z poznanym na stacji mużykiem, poszliśmy na teren budowy. Obsrałem się. Ciemno, na budowie 9-10 jeszcze facetów, a nasz kochany przewodnik po tym, jak dowiedział się, że my z Polski, krzyknął z wielkim rozbawieniem do swoich towarzyszy: „Smotritie, ja Paljaków priviol!”;

– Sasza, ty żywego Paljaka videl?

– Żywego niet…

Potem piliśmy czaj, zjedliśmy. Ukraińska gościnność jest naprawdę wspaniała – czym chata bogata, a że na budowie nie bogato, wypiliśmy herbatę, zjedliśmy arbuza, ale panie! Po dwóch tygodniach nie picia prawie niczego poza wodą i piwem i jedzenia niemal wyłącznie konserw i chleba, jedno i drugie – herbata i arbuz smakowało jak nektar i ambrozja, a ja czułem jak Olimp się trzęsie z zazdrości. Dzień wcześniej, gdy utknęliśmy na pustkowiu przed Krasnopieriekopskiem, mieliśmy przy sobie tylko chleb i musztardę. I tak na kolację, śniadanie, obiad; potem już tylko chleb został – a tutaj czaj i arbuzy!

Budietie kurit Pakistan? – takiego obrotu spraw się nie spodziewałem. Skopić się na ukraińskiej budowie, potem jeszcze opowieści Sierża (ten, który nas zaprosił, stróżował na budowie; po tym jak reszta pracowników rozjechała się do domów, zostaliśmy tylko z nim). Nie powtórzę ich wszystkich, zresztą to nie miałoby sensu; zabiłbym tylko ich piękno zamknięte w spontaniczności wypowiadanych słów, układających się w cudownie brzmiące zdania, niczym pieśni barda w śpiewnym rosyjsko-ukraińskim narzeczu.

Posiedzieliśmy tak do północy. Potem rozłożyliśmy śpiwory na przygotowanych wcześniej przez Sierża płytach styropianu i poszliśmy spać.

Wania! Job Tvoju mat’! Ty Paljaka vidiel?!

Zdumiewa mnie to, jak ludzie odnoszą się do nas, gdy dowiadują się, że jesteśmy z Polski. Od razu pytają o wszystko, głównie o zarobki i poziom życia w Polsce. Ich wyobrażenie o naszym kraju jest mniej więcej takie, jak nasze o Ukrainie, tylko na odwrót – jak słusznie zauważył Kawa. Ci robotnicy z budowy naprawdę patrzyli na nas jak na kosmitów. Z szacunkiem, z jakąś nutą smutku w oczach, tęsknotą do lepszego życia, które ich zdaniem wymalowane mieliśmy na twarzach i ubraniach. Może to wynik ich zmęczenia po całym dniu pracy, może tylko mi się tak wydawało – stereotypy siedzą w głowie i trudno je wypędzić; jednak wszyscy ci ludzie, z którymi się tutaj spotkaliśmy, podtrzymywali ten mit o biednej Ukrainie nie tylko słowami, ale też spojrzeniem, gestem, mimiką twarzy.

Rano udało nam się zebrać nadzwyczaj szybko, głównie dlatego, że nasz stróż zbierał się do domu po nocnej zmianie. I tak już po 8.00 łapaliśmy stopa.

Aleksander zabrał nas po jakichś 10-15 min. Łapania. Jeden z lepszych stopów w czasie całej tej podróży. Słuchał dobrej muzyki, chciał sobie kupić motocykl, wyglądał jak… jak taki „stary kondor” – porównanie Kawy, mnie zabrakło słowa. Zabrał nas prawie do samego Pierwomajska. Po drodze zafundował nam chaczapuri i kawę. Potem dostaliśmy od niego paczkę mołdawskich papierosów, a gdy się z nami żegnał, podarował jeszcze zapalniczkę (bo oczywiście nie kupiliśmy jej nadal). Rozmowa też przyjemnie się układała. Ukraińcy lubią opowiadać, wystarczy słuchać. Sierż, jak już wspomniałem, też miał talent do opowieści, podobnie filozof Wasilij, naprawdę przyjemna jest podróż z takimi towarzyszami.

Stoimy tutaj już prawie godzinę, Kawa łapie, a ja piszę. Co będzie dalej?

Coś wspaniałego! Jedziemy z muzykiem, puścił nam swój kawałek – Bрема вор – świetny. Jedziemy z nim aż do Winnicy. Samochód jak pokój, siedzę rozwalony na tylnym siedzeniu i piszę. Trochę telepie, ale i tak jest dobrze. Wcześniej w sklepie, w Pierwomajsku zagadaliśmy się ze sprzedawcami, opowiedzieliśmy im całą historię naszej podróży. Nie omieszkałem też wspomnieć o jedzeniu chleba z musztardą. Pani tak się przejęła, że zrobiła nam za darmo herbatę, a jej mąż dał nam woreczek pomidorów i słoiczek miodu. Spociłem się jak wieprz zanim doszliśmy na wylotówkę, ale teraz jest pięknie. Ukraina to kraj sprzeczności – z jednej strony małżeństwo, które obiecuje zabrać nas do Chersona, a zostawia w połowie drogi, a z drugiej – Aleksander fundujący chaczapuri i kawę. Ale naprawdę, mity pozostaną mitami, dowiedzieć się jak jest naprawdę można tylko w jeden sposób – pojechać i zobaczyć. Jeśli wszystko będzie dobrze, dziś wieczorem będziemy na zachodniej Ukrainie, bardzo blisko domu. Szkoda tej Rumunii, szkoda Węgier i nowych doświadczeń, ale czasu coraz mniej, pieniędzy już prawie wcale – cóż począć, nada jechat’ nazad.

1 września, Chmielnicki po raz drugi

Pożegnaliśmy Krym. W sumie zrobiliśmy to już przedwczoraj, gdy przejechaliśmy za Armiańsk, ale teraz ok. 1000 km od Ałuszty czuję to lepiej niż tam. Wczoraj też poczułem, że przesunęliśmy się jeszcze dalej na zachód, kiedy to mój rosyjski nie tylko przestał być dobrze rozumiany, ale też i nie pomagał w rozumieniu innych. Wkroczyliśmy na teren języka ukraińskiego. Alex, o którym wspominałem wcześniej zabrał nas do Winnicy. Wpadliśmy na pomysł, żeby zagrał koncert w Krakowie – ta perspektywa tak podekscytowała młodego vadit’ela, że musiał sobie zapalić. Wymieniliśmy się mailami, dostaniemy jego kawałki wkrótce, a jesienią, być może, spotkamy się w Krakowie. Wczorajszy dzień był jak dobry dzień na melexach. Mieliśmy już przejechane ok. 500 km, byliśmy zadowoleni. Alex z radości dał nam jeszcze plaster miodu (wspominałem, że jest pszczelarzem?) i kiść winogron. Tak, trzy dobre wycieczki i dobre tipy, a na koniec jeszcze jeden dobry stop z Winnicy do Chmielnickiego. Pęk wędzonych ryb i „Lube” grający w tle; ciemno, błyskające od czasu do czasu światła samochodów i psujący się ten, którym my jechaliśmy. Tak, wspaniale – dotarliśmy późnym wieczorem przez te awarie, ale i tak dobrze, że już tu jesteśmy. Po drodze nasz kierowca zafundował nam pęk wędzonych rybek. Coś wspaniałego – pomidory, miód pod dwoma postaciami, winogrona i wędzone rybki – królewska uczta w namiocie wieczorem – brakowało tylko wina lub chociaż browara, ale niestety kasą już nie śmierdzimy, więc trzeba było zadowolić się butelką minerałki (nb. też otrzymanej od Alexa, chłopak się naprawdę ucieszył możliwością zagrania w Polsce).

Teraz Tarnopol-Lwów i do Polski. Może wstąpimy jeszcze do Zuzy, jak obiecaliśmy, ale jak mawiają Rosjanie: Pażywiom, uvidz’im.

Człowiek po dwóch tygodniach łapania stopa naprawdę robi się wyczulony na pracę silnika; słyszy redukcję biegów, wie, kiedy kierowca zdejmuje nogę z gazu. Staliśmy wcześniej na obwodnicy Chmielnickiego. Prawie nie było ruchu, raz na czas coś się pojawiło, wysunęło zza zakrętu. I tak stałem i nasłuchiwałem szumu, który mógł przejść w warkot silnika, by następnie zamienić się w samochód. Stałem z nadzieją, że szum i samochód nadejdą z tej strony co trzeba, a nie zza pleców. Co jakiś czas nadzieja się spełniała i powstawało kolejne pytanie: czy będzie zdjęcie nogi z gazu, redukcja, migacz, hamulec?

W końcu się udało, potem udało się jeszcze dwa razy i jesteśmy już w Tarnopolu. Choć nie wiem, czy już czy dopiero – jest za pięć trzecia, do Lwowa jeszcze ok. 120 km, a do granicy kolejne 100 prawie. Chciałbym już dziś dojechać do Polski, ale miło by było jeszcze Lwów odwiedzić, zjeść obiadek, wypić piwko, potem przespać się w jakimś niedrogim hotelu – tylko dien’ek niet!

Ale i tak jest dobrze, niespodziewany powrót, niespodziewanie dobrze się rozwinął. Putnyj viet’ter – nie wiem, jak to przetłumaczyć, z piosenki autorstwa Alexa, no więc „wiatr podróżny” – chyba tak najlepiej, choć jakoś koślawo to brzmi, może lepiej wiatr w drodze? Nie to jeszcze gorzej. Tak czy inaczej wiatr ten to dobry towarzysz każdej podróży, zwłaszcza autostopowej – nigdy nie wiesz, gdzie cię wywieje i to jest piękne.

Chciałem wcześniej opisać krajobraz, gdy jeszcze byliśmy na obwodnicy Chmielnickiego, żółte pola, gdzieniegdzie kępy drzew – ale Kawa wtedy pisał, a ja łapałem. Teraz nie chcę już ściemniać, zależało mi na impresjonistycznym uchwyceniu chwili, bo tamten krajobraz podobny był do wielu innych, które widzieliśmy już wcześniej na Ukrainie. Teraz jesteśmy na wylotówce z miasta; nic szczególnego, taka jak setki innych, niczym nie różni się od tych w Polsce; gdyby nie cyrylica na szyldach, to nie czułbym, że jestem za granicą. Właściwie i te ukraińskie napisy nie robią już na mnie wrażenia, też są jakieś takie swojskie; większość z nich prawa półkula już zapamiętała i jestem w stanie je odczytać bez konieczności odszyfrowywania kolejnych literek: avtamojka, produkty, szyno montaż, etc. Zaskakujące, jak człowiek szybko się przyzwyczaja. Jak przypomnę sobie, co czułem, co myślałem pierwszego dnia po przekroczeniu granicy, to sam się sobie dziwię, jak to się zmieniło – moje podejście do tego kraju i mojej w nim obecności.

2 września, Przemyśl

No i udało się, wczoraj wieczorem przekroczyliśmy granicę polsko-ukraińską i wróciliśmy do ojczyzny. Przywitała nas tłumem Ukraińców, gburowatym kierowcą busa i zawsze tanią „Biedronką” – tak, dobrze być w domu. Wczoraj pod Tarnopolem złapaliśmy stopa do Szegin, do samego przejścia. Po drodze, z wylotówki ze Lwowa, zabraliśmy jeszcze jednego autostopowicza. Jona – bo tak mu było na imię był Niemcem, ale dobrze mówił po polsku. Z tego co zrozumiałem, to uczył się rosyjskiego, a polskiego przy okazji, gdyż pracował jakiś czas w Warszawie jako wolontariusz. Przekroczyliśmy z nim granicę, łapaliśmy stopa, a w końcu rozbiliśmy namioty, wypiliśmy po piwku, ja zdążyłem jeszcze wygrać z Kawą w szachmaty i lulu. Rano Jona wcześnie nas opuścił. Kiedy wyszliśmy do drogi jego już nie było. Po śniadanku szybko złapaliśmy stopa do Przemyśla. W drodze na wylotówkę (kierowca był tak miły, że aż tam nas zawiózł) widzieliśmy naszego biednego Jonę, jak łapie jeszcze gdzieś w mieście. Biedny Jona, nie mogliśmy go zabrać ze sobą tym razem. Ale jest dzielny chłopak, poradzi sobie.

Podróż dobiega końca, nasuwa się mnóstwo refleksji, Nie wiem czy jest sens pisać o tym wszystkim. To jest dziennik podróży, a ona się kończy.

Jednak muszę powiedzieć, że wszystkie mity o dzikiej Ukrainie z półnagimi, uzbrojonymi w maczety tatarsko-rosyjskimi wojownikami, mafią, kradziejstwem i pannami lekkich obyczajów przewyższającymi ilością liczbę matek (chwała tobie Otto!) to bzdury. No, panny lekkich obyczajów były, jedna nawet towarzyszyła nam w łapaniu stopa, po czym znikła gdzieś w lesie, ale i tak sporo opowieści o tym kraju to bujdy. Zostaliśmy przyjęci z wielką serdecznością, wiele razy pomagano nam zupełnie bezinteresownie, a jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to nie raz jadąc w nocy autobusem przez Kraków byłem bardziej obsrany niż paląc szlugi na ukraińskiej budowie. Zuza musi nam wybaczyć, brak kasy i czasu uniemożliwia nam zakończenie eskapady w Svidniku, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Nie wiemy tylko czy jechać teraz do Mielca, czy prosto na Kraków, póki co, już godzinę tu kwitniemy i nic.

„Strąć tutaj pamięć nieszczęść i przyjm szczęścia wieszcze

A jeśliś jest szcześliwy, bądź szczęśliwszym jeszcze”

(z groty w Sofijówce )

Tekst i zdjęcia: Michał Karaś

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE