Cze 192013
 

Podróż, w której może zdarzyć się wszystko.

O tym, czy za Lwowem zaczyna się ukraińska dzicz i od kogo można dostać pęk suszonych ryb – rozmawiamy z MICHAŁEM KARASIEM, studentem, podróżnikiem i autostopowiczem.

Autostop przeżywa dziś prawdziwy renesans. Dlaczego wybrałeś ten sposób podróżowania?

 Przede wszystkim, kiedy jedziesz autostopem, nigdy nie wiesz, co cię spotka, kto się zatrzyma i w jakim mieście ty się zatrzymasz. Zdajesz się właściwie na kwestię przypadku. Masz cel, bo bez celu trudno byłoby ci się poruszać, ale to droga jest najważniejsza. Nieważne, kiedy dotrzesz do celu. Ważne, co spotka cię po drodze, nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Podróżując autostopem, masz też okazję spotkać i porozmawiać większą liczbę osób z obcego kraju, oczywiście nie poznasz nikogo dogłębnie przez jedną czy dwie godziny wspólnej jazdy, ale zawsze jest to ciekawe i rozwijające doświadczenie.

A jeśli nie wierzymy, że ktoś się zatrzyma, żeby nas podrzucić?

 Trzy lata temu, po zakończonej sesji postanowiliśmy z kolegami, że pojedziemy autostopem do Pragi. Wybrałem się z chłopakami, ale nie wierzyłem, że uda nam się tam dotrzeć. Było nas czterech, stopa łapaliśmy po dwóch. Pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy zatrzymał się pierwszy kierowca. A więc jednak to możliwe, da się złapać stopa! Tak zaczęła się nasza wielka przygoda z Pragą. Za pierwszym razem dojechaliśmy gdzieś w okolice Ostrawy, nocowaliśmy koło autostrady i pogryzły nas komary. Byłem kompletnie nieprzygotowany na takie warunki. Pomimo trudności, jakie nas spotkały i tego, że nie dotarliśmy do celu, spodobało mi się. Do Pragi wybraliśmy się jeszcze dwa razy i za trzecim podejściem w końcu tam dotarliśmy. Autostop zaczął nas wciągać. Pojechaliśmy na zlot autostopowiczów, oczywiście autostopem, potem był Lwów. To jednak jeszcze nie było „to”. Postanowiliśmy, że wybierzemy się gdzieś dalej, na dłuższą wyprawę.

I tak narodził się pomysł wyprawy na Krym. Co Was tam ciągnęło?

Pomyśleliśmy, że zobaczymy to, co Mickiewicz, kiedy pisał „Sonety krymskie”. To był jednak tylko dodatek, ciągnęła nas sama podróż. W końcu mieliśmy jechać przez Ukrainę, więc byliśmy ciekawi, co nas po drodze spotka. Zaczęło się bardzo ciekawie. Kiedy pracownik ukraińskiej stacji benzynowej usłyszał, dokąd jedziemy, najpierw się zdziwił, potem przestraszył, zaklął i odszedł od nas bardzo szybko. Nikt nie wróżył nam świetlanej przyszłości. Usłyszeliśmy nawet, że do Lwowa, owszem, dojedziemy, ale dalej, za Lwowem, to już dzicz.

Rzeczywiście tak było?

Nie. Ludzie okazali się dziesięć razy milsi od tych spotkanych w Polsce, czy nawet w zachodniej Ukrainie. Istnieją pewne różnice, ale nie są istotne. Mieszkańcy wschodniej strony również mają Internet i telewizję. Dokuczliwe mogą być jedynie braki w bieżącej wodzie. W niektórych regionach, np. na Krymie, wodę dowozi się beczkowozami. Trzeba ją oszczędzać, o czym przekonałem się na własnej skórze, kiedy chciałem zrobić pranie. Nie dało się tego zrobić w umywalce, bo było za małe ciśnienie, pod prysznicem za długo to trwało. Pozostawała tradycyjna miska z zagrzaną wcześniej wodą.

Coraz dalej na Wschód. Z czym Ci się kojarzył, a co zobaczyłeś po drodze?

 Sam Krym jest ośrodkiem turystycznym, więc tam jest bezpiecznie, ale odcinek od Lwowa do Krymu był dla mnie jak czarna plama. Tam mogło się zdarzyć wszystko. Trochę się obawiałem, nie powiem, że nie, ale pomyślałem sobie, że przecież tam też żyją ludzie, tacy jak my. Nie chciałem wierzyć stereotypom.

I słusznie?

 Były takie momenty, kiedy się bałem. Wracając z Krymu, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej przed Mikołajewem. Przypałętał się tam jeden gość, półnagi do pasa, z arbuzem pod pachą. Kupowaliśmy właśnie piwo, o kilka groszy droższe od wody, ale było go więcej, no i wiadomo, jest bardziej odżywcze… Chcieliśmy kupić też zapałki, albo zapalniczkę. Koleś z arbuzem zapytał niewyraźnie, co potrzebujemy. Dał nam zapałki i zaczął wypytywać, skąd jesteśmy, cośmy za jedni, itd. Nie bardzo chcieliśmy z nim rozmawiać, bo – co jak co – wyglądał trochę podejrzanie: prawie goły, z arbuzem, a tu ciemno, już prawie noc. Powiedział, że nazywa się Sierż i jest stróżem na budowie, na której możemy rozbić namiot. Jakoś tak się złożyło, że w końcu z nim poszliśmy. Z każdym krokiem żałowałem tej decyzji. Wchodzimy na plac budowy, a tam banda dziesięciu łysych Ukraińców wiąże jakieś druty, wszędzie ciemno, jedna lampa. Sierż idzie z tym arbuzem i woła: „Nu, rybiata, ja Poliaków priwioł!”. Przez chwilę poczuliśmy się jak zwierzyna łowna, ale głupio nam było uciekać, więc po prostu usiedliśmy i otworzyliśmy piwo.

I jak to się skończyło?

Na szczęście dobrze. Ukraińcy patrzyli na nas trochę jak na kosmitów, ale pokroili arbuza i poczęstowali nas. Sierż zrobił nam herbatę. Złapał się za głowę, gdy powiedzieliśmy, że dwa tygodnie jej nie piliśmy, a on tylko dzisiaj wypił jakieś dziesięć filiżanek. Potem przyjechał Wania, gość, który zabierał robotników z placu i rozwoził ich do domów. Usiadł obok nas, bo czekał aż skończą robotę. Sierż zapytał go, czy widział już kiedyś Polaka. Wania mu na to: „Żywego? Niet.”. Nie za bardzo się nam to spodobało, ale Sierż zaczął się śmiać, w końcu i my się uśmiechnęliśmy. Innym razem, czekaliśmy na przystanku i z autobusu wysiadło parę chłopaków, z niezbyt przyjemnym wyrazem twarzy. Wyglądali jakby szukali zaczepki. W myślach chciałem już pilnować naszego dobytku, czyli plecaków, w których mieliśmy dokumenty i inne cenne rzeczy. A oni podeszli do nas i zapytali, dokąd chcemy jechać. Wytłumaczyli nam, jak tam dotrzemy. Okazali się bardzo pomocni. Postanowiłem, że już nigdy więcej nie ocenię kogoś po wyglądzie.

Kogo jeszcze spotkaliście po drodze?

 Granicę Krymu przekroczyliśmy z Wasilim. Strasznie fajny facet. Nazwałem go „ludowym filozofem”. Mówił interesujące rzeczy o Bogu i filozofii. Bardzo wierzący. Utrzymywał, że odpowiedzi na wszystkie pytania można odnaleźć w Biblii. Powiedział, że warto ją czytać. Choć jest trudna, to jak się czyta codziennie po kawałku, za każdym razem rozumie się coraz więcej. W Piśmie Świętym zawarta jest cała mądrość, jaką człowiek może poznać. Nie do końca się z nim zgadzaliśmy, ale wszystko co mówił, miało sens. Uważał, że powinna być jedna religia, bo jest tylko jeden Bóg. Był do nas bardzo pokojowo nastawiony, nie nawracał nas na siłę. Najbardziej utkwiło mi w pamięci, to co, powiedział, kiedy przekraczaliśmy granicę Autonomicznej Republiki Krym. Nagrywałem film i przedstawiłem Wasyliego jako naszego kierowcę, bardzo dobrego człowieka. On się zawstydził, potem uśmiechnął i powiedział: „Jeśli będziemy okazywać miłość innym, wszyscy będziemy dobrzy”. To było genialne podsumowanie tego, o czym cały czas nam mówił.

 

Co robiliście, kiedy łapaliście stopa, ale nikt się nie zatrzymywał?

 Cały czas obserwowaliśmy rzeczywistość i komentowaliśmy, co się dzieje. Przede wszystkim rozmawialiśmy ze spotkanymi ludźmi. W Winnicy, w miejscu, w którym przez cały dzień przejechaliśmy tylko obwodnicą, przy straganie z owocami i warzywami stał starszy pan z wnuczkiem i pieskiem. Podeszliśmy do niego i zaczęliśmy rozmawiać. Chcieliśmy kupić dwa pomidory, ale pan powiedział, że jak tylko dwa, to mamy je wziąć za darmo. Nie chciał uwierzyć, że jedziemy na Krym aż z Krakowa. Złapał się ze głowę i dał nam jeszcze dwa pomidorki.

To miło z jego strony.

 Często dostawaliśmy podarunki od kierowców, np. pęk suszonych ryb, słoiczek miodu, czy warzywa. To było naprawdę bardzo sympatyczne.

Jakie miejsca odwiedziliście podczas wyprawy?

 We Lwowie zobaczyliśmy Cmentarz Łyczakowski, którego nie udało nam się zwiedzić poprzednim razem. Byliśmy też w Sofijówce w Umaniu, miejscu godnym polecenia. Staraliśmy się jechać przez małe miasteczka, co siłą rzeczy nie było trudne, bo często ktoś wysadzał nas właśnie w małych miejscowościach i potem szukaliśmy wylotówki więc i tak poznawaliśmy miasto. W tym tkwi przewaga autostopa nad wygodnym autobusem czy samolotem, że odwiedzasz zwykłe miasta, a nie turystyczne atrakcje. Tam łatwiej spotkać zwykłych ludzi, z którymi można porozmawiać, poznać ich codzienność i mentalność.

Oprócz samej jazdy i zwiedzania musieliście też gdzieś spać i coś zjeść.

 Spaliśmy w różnych miejscach. Kiedy wracaliśmy z Krymu, ostatni tamtego dnia kierowca wyrzucił nas gdzieś między Simferopolem a Krasnopieriekopskiem. Przez cały dzień nie mogliśmy złapać nic, co więcej, następnego dnia również. W pobliżu był sklep i restauracja. W sklepie można było kupić tylko piwo, napoje, chipsy i snickersy. Na restaurację nas nie było stać. Udało nam się wynegocjować od pań kelnerek, żeby odsprzedały nam bochenek chleba. Mieliśmy jeszcze musztardę i tym sposobem jedliśmy ją razem z chlebem na śniadanie, obiad i kolację. Drugiego dnia, kiedy nie złapaliśmy stopa i skończyła się musztarda, postanowiliśmy, że jeśli tylko będzie jechał autobus, wsiadamy i jedziemy dalej. Ogólnie jednak, w Europie, zwłaszcza zachodniej, rzadko się zdarza, żebyśmy zatrzymali się w szczerym polu, gdzie nie ma cywilizacji i nie można kupić czegoś do jedzenia.

Dokąd chcesz pojechać w tym roku?

 Ciągnie mnie na Bałkany, chciałbym w końcu zobaczyć Rumunię. Myślę też o tym, żeby odwiedzić Michaiła Kałasznikowa. Mieszka w Iżewsku, za Moskwą, jakieś 3000 km od Krakowa.

Autostopem?

 Oczywiście.

Przeczytaj dziennik z wyprawy

Rozmawiała: Małgorzata Czekaj

Zdjęcia: arch. pryw.

zdj M. KaraśMichał Karaś – 24 lata, student filologii polskiej i filozofii na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Po zajęciach pracuje na meleksach pod Bramą Floriańską. Należy do grupy literackiej „Biprostal 33”. W wolnych chwilach gra w snookera. Autostopem odwiedził Ukrainę, Czechy, Słowację, Austrię, Niemcy, Francję, Hiszpanię i Andorę.

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE