Paź 072013
 

Na co dzień mówią trzema językami: po polsku, niemiecku i angielsku. Nie istnieją dla nich granice – przecież ludzie wszędzie uśmiechają się tak samo. Anna, Thomas, Hanna i Mila pokazują, że rodzinne podróżowanie może być przyjemne, radosne i pełne przygód.

Podróżowanie z dziećmi – radość czy utrapienie?

Tak naprawdę to dzieci zmotywowały nas do długich podróży. Wcześniej jeździliśmy na „standardowe” wakacje dwu- lub trzytygodniowe. Już będąc w ciąży, wiedziałam, że posiadanie dziecka nie jest przeszkodą, wręcz przeciwnie; ustaliliśmy, że będziemy podróżować wspólnie. Właściwie, to jest więcej plusów niż minusów rodzinnego podróżowania.

Zacznijmy od plusów.

Przede wszystkim, każda podróż to czas spędzony razem. Rzadko się zdarza, że dziecko, zwłaszcza w  pierwszym okresie życia, ma możliwość przebywać z mamą i tatą dwadzieścia cztery godziny, siedem dni w tygodniu. Dzięki podróżom, Hania (4 l.) i Mila (2,5 l.) są z nami cały czas. Dzięki nim mamy trochę łatwiej – one otwierają drzwi i serca ludzi. Często zdarza się, że jesteśmy przepuszczani na granicy, łatwiej nawiązujemy kontakty, jesteśmy zapraszani do innych rodzin. Dzieci są wszędzie, na całym świecie. Wzbudzamy zaufanie, bo przecież rodzice z dziećmi nie mogą zrobić nic złego innym.

Dzieci inaczej poznają świat. Kto od kogo się więcej uczy?

Hania w trakcie podróży zadaje mnóstwo pytań. Ze względu na nią i Milę, musimy dużo więcej się dowiadywać o miejscu, do którego jedziemy, żeby później przekazać im swoją wiedzę. Poznawanie świata przez dzieci jest wolniejsze, ale my też na tym korzystamy. Hania zadaje spotkanym ludziom pytania wprost, których my, jako dorośli, nie moglibyśmy zadać. W czasie ostatniej podróży, w Bośni, Hania zapytała kobiety, dlaczego podczas modlitwy stoją z tyłu, za mężczyznami. W związku z tym, że była dzieckiem, tłumaczyły jej, że w ich religii panuje taki zwyczaj i one uważają, że tak jest  po prostu lepiej. Hania jednak stwierdziła, że to nie w porządku.

Jak przygotowujecie się do wyprawy?

Dla Mili mamy nosidło, zwłaszcza, jeśli idziemy w  góry – jest jeszcze za malutka, żeby wędrować daleko o własnych siłach. Podróżujemy samochodem, więc mamy dobre, wygodne foteliki, w  których można się swobodnie wyspać i odpocząć. Dzieci pakują do swoich plecaków zabawki, np. ulubione misie i zajączki, wtedy czują się bezpiecznie będąc daleko od domu. Hania chce wszystko robić sama. Pakuje też plastry, pampersy, mokre chusteczki – wszystko, co może się przydać Mili. Coraz częściej myśli nie tylko o sobie, ale o swojej młodszej siostrzyczce.

W jaki sposób opowiadacie im o nowym, nieznanym miejscu?

Kiedy mieliśmy lecieć do Meksyku, oglądaliśmy razem samoloty i mówiliśmy, że pewnego dnia my też takim samym polecimy bardzo daleko. Powiedzieliśmy, że będą tam również dzieci i, choć mogą trochę inaczej wyglądać, to będą się uśmiechać tak samo jak my. Chcieliśmy poznać kulturę Majów, więc opowiadaliśmy dziewczynkom o  tym, że Majowie wynaleźli czekoladę. Wiedzę trzeba zawsze dopasować do wieku i upodobań dziecka.

Dzieci, zwłaszcza mniejsze, mają specyficzne potrzeby. Jak radzicie sobie podczas podróży?

Przede wszystkim, jesteśmy elastyczni i niczego nie planujemy szczegółowo. Mamy oczywiście, mniej więcej ustaloną trasę, ale nie trzymamy się sztywno planu. Obserwujemy je – kiedy widzimy, że są zmęczone i śpiące lub mają czegoś dość, dajemy im czas na odpoczynek; zatrzymujemy się, albo po prostu pozwalamy spać w  samochodzie. Tak naprawdę, planując każdą podróż, bierzemy pod uwagę ich potrzeby, bo to jest nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla nich. Hania i Mila czują się bezpieczne i szczęśliwe, widząc zadowolonych rodziców.

Wasza pierwsza podróż z dziećmi…

Pierwsze, parodniowe wyprawy do Włoch, Belgii czy Austrii odbywaliśmy już z trzymiesięczną Hanią. A prawdziwą, dużą, kiedy Hania miała osiem miesięcy. Było to w 2010 r. Pojechaliśmy m. in. przez Ukrainę, Rumunię, Mołdawię Bułgarię, Gruzję i Azerbejdżan. Jechaliśmy z duszą na ramieniu, bo nie wiedzieliśmy, czy jej się to w ogóle spodoba! Ustaliliśmy, że jeśli coś będzie nie w porządku, to wracamy. Mieliśmy cały samochód wyładowany pampersami, chusteczkami itp., ale okazało się to niepotrzebne. Jak już mówiłam, dzieci są wszędzie i można te rzeczy kupić po drodze. Blog założyliśmy z myślą o rodzinie, szczególnie o dziadkach. Chcieliśmy, żeby wiedzieli, co dzieje się z wnuczkami. Dziadkowie niemieccy obawiali się o nasze bezpieczeństwo, a polscy martwili się, że tak długo nie będą widzieć dziewczynek. Okazało się, że podróż z malutkim dzieckiem wzbudziła ogromne zainteresowanie wśród internautów; naszą stronę zaczęło odwiedzać wiele ludzi.

Hani spodobała się podróż?

Tak, chyba tak! Dla naszych dziewczynek podróż to nic nowego. Są przyzwyczajone, że wsiadamy w auto i jedziemy. Czują się bezpieczne ze szczęśliwymi rodzicami. Dla dzieci ważne jest przyzwyczajenie.

Nocujecie w  samochodzie, albo u innych rodzin. Nawiązują się z tych spotkań jakieś głębsze znajomości?

Poznajemy bardzo dużo rodzin. Najwięcej z Polski i Niemiec – większość z nich jest czytelnikami naszej strony i zapraszają nas do siebie. U wielu z nich, mam wrażenie, zostawiliśmy kawałek naszego serca; podobnie jest z gospodarzami, poznanymi w trakcie podróży. Z niektórymi utrzymujemy kontakty do dzisiaj. Czasami jest to jednak niemożliwe, tak jak było w przypadku pewnej rodziny gwatemalskiej. Nocowaliśmy u nich na podwórku. Mieli dwanaścioro dzieci, z czego tylko dwójka chodziła do szkoły. Reszta nie miała mundurków, obowiązkowych w tym kraju i dlatego nie mogła uczęszczać na zajęcia. Bardzo się zżyliśmy z tą rodziną. Dziewczynki pomagały mi obierać ziemniaki, bo nie potrafiły siedzieć obok i patrzeć, jak sama pracuję. Byliśmy zarazem blisko ze sobą, ale i daleko: ta rodzina nie miała ani telefonu, ani komputera i nie możemy się skontaktować. Podarowaliśmy im pamiątkowe magnesy, które przygotowaliśmy dla naszych gospodarzy, ale oni nie mieli w  domu nic metalowego i nie bardzo rozumieli, o co nam w ogóle chodzi z tym prezentem.

Dokąd wyruszacie w najbliższym czasie?

Wybieramy się do Nowej Zelandii i na wyspy Pacyfiku. Ale ustaliliśmy, że nie będziemy o  tym rozmawiać, dopóki nie skończę książki o Ameryce.

Ile Ci jeszcze zostało?

Kilka dni i będzie gotowa!

Na swoim „koncie” macie trzy rodzinne wyprawy. Która Was najbardziej zmieniła, przybliżyła do siebie?

Chyba ta do Ameryki Środkowej. Spędziliśmy cztery miesiące głównie wśród kultury Majów. Wszystko u nich było inne: język, religia i zwyczaje. Im trudno było zrozumieć nas, a nam ich. Tłumaczyliśmy im, że w naszych rodzinach dzieci nie pracują fizycznie, że podejmując ważne decyzje, rozmawiamy z nimi i bierzemy pod uwagę ich potrzeby. Dla nich szokiem był widok Toma karmiącego dzieci. Tak naprawdę, poznając inne rodziny, mogliśmy zdefiniować naszą – taką, jaką chcemy wspólnie budować.

Rodzina bez granic

Anna i Thomas Alboth spotkali się w  Brukseli na międzynarodowym spotkaniu dla młodych dziennikarzy. Ona pochodzi z Polski, on z Niemiec. Zaczęli razem podróżować, ale szybko okazało się, że chcą spędzić razem życie i wspólnie przeżyć przygody, które ono ze sobą niesie. Zamieszkali w Berlinie. Kiedy urodziła im się pierwsza córeczka, Hania, wyruszyli w pierwszą, półroczną podróż… I tak to się zaczęło! Przygody „Rodziny bez granic”, czyli podróże Hani i Mili z rodzicami można poznać na: thefamilywithoutborders.com/

Rozmawiała Małgorzata Czekaj

Share Button

WIĘCEJ DLA CIEBIE